29 lipca 2015

Dźwirzyno 2015

Cześć! :)
W zeszłym tygodniu od środy do niedzieli byłam z Oskarem, jego rodzicami i bratem oraz znajomymi rodziców w Dźwirzynie, a raczej.. opowiem za chwilę :D.

Pogoda nie była upalna, ale też nie była zła -kąpałam się raz cała (obiecano mi gofra za popływanie w morzu :>), moczyłam nogi. Jednego wieczoru poszliśmy oglądać zachód słońca z plaży. Jakie to było piękne! A woda...! Wtedy była naprawdę ciepła i szczerze żałowałam, że nie mam ze sobą stroju kąpielowego. Naprawdę. Woda była cudowna.

Chodziliśmy też do salonów gier, głównie minihokej czy jak to się nazywa (krążek na stole i do roboty! :D), raz zagrałam z Oskarem w bilarda i go ograłam!

Najbardziej intensywny (mogę to tak określić?) był pierwszy dzień. Nie mieliśmy załatwionego noclegu. Jechaliśmy w ciemno...i tak to się zaczęło. Pobierowo. Niechorze. Rewal. Dźwirzyno. Dziwnówek. I kilka innych. Trafiliśmy w końcu do Kołobrzegu. Szczęście w nieszczęściu, z racji Sunrise na dworcu stało wielu chętnych do noclegów. Zaczepiło nas mnóstwo starszych kobiet. Były nachalne. Wręcz aroganckie. W końcu zagadał jakiś facet, też już po pięćdziesiątce. Zaczął nas bajerować, aż obiecał nam dom na wsi u kolegi. Cały. Tylko dla nas. Czekaliśmy za kolegą: "pociąg przyjedzie i kolega przyjdzie". Jeden pociąg. Drugi pociąg. Trzeci pociąg. Kolega się pojawia. Jedzie z nami prowadząc nas na wieś zwaną Głowaczewo. I tu szok. Naprawdę mamy dom dla siebie (połowa bliźniaka). Dwa pokoje na dole, dwa pokoje na górze dla łącznie dziesięciu osób. Łazienka. Toaleta. Kuchnia. Korytarz. Ogromne podwórko z miejscem na grilla, boiskiem do siatkówki, koszykówki i huśtawkami. Czułam się tam naprawdę jak w domu i szkoda, że byliśmy tam tylko cztery noce.

Jednego wieczoru byliśmy z Oskarem biegać. 7 km w 45 minut. Super, prawda?:D
Mieszkaliśmy niecałe 4km od Dźwirzyna, więc po polnej drodze do Dźwirzyna i z powrotem. Biegł jeszcze z nami Oskara brata kolega.
Oprócz tego graliśmy też trochę w siatkówkę i badmintona.

Opalaliśmy się na plaży, chodziliśmy na spacery.
Jednego dnia mogliśmy poczuć się jak burżuazja lub arystokracja. Za obiad dla czterech osób zapłaciliśmy łącznie 170zł. Sporo pieniędzy jak za jeden obiad ;).

Naprawdę to był cudowny wyjazd.
Zero stresu.
Zero nerwów.
Same przyjemności.
Żyć nie umierać.

Zrobiłam sobie dwa kolorowe warkoczyki we włosach!
Fioletowy i niebieski.

Podjęliśmy się także z Oskarem i Mateuszem wyzwania pepsi. Mi i Oskarowi bardziej smakowała cola i to ten napój wskazaliśmy, będąc świadomi tego, z której strony jest pepsi :D.















Brak komentarzy :

Prześlij komentarz