10 sierpnia 2014

Historia moich włosów

Cześć!
Już dawno chciałam napisać tego typu post. Wciąż jednak twierdziłam, że moje włosy nie są jeszcze wystarczające. Postanowiłam,że gdy jeszcze trochę podrosną, wyślę "moją włosową historię" do Anwen i będę liczyć na to, że kiedyś pojawi się na jej blogu. :) 

Zacznijmy może od samego początku. Urodziłam się łysa i nie miałam włosów przez dwa lata swojego życia. Niektórzy z rodziny zastanawiali się, czy w ogóle mi urosną.:D





Potem coś już na tej mojej głowie wyrosło. I byłam barankiem. Włosy mi się kręciły i moim zdaniem wyglądało to uroczo :D





Potem coś się nagle włosom odwidziało i były prawie proste. Do tego cały czas nosiłam grzywkę, która była raz dłuższa, raz krótsza, raz ładnie przycięta a raz krzywo, jakby koza mi ją wygryzła :D




W IV klasie podstawówki włosy falowały się, czasem kręciły. Nie były w złym stanie, nie dbałam o nie wtedy za bardzo. Czasem używałam jakiejś reklamowanej w telewizji odżywki. Chodziłam wtedy na basen więc raz, a czasem dwa razy w tygodniu suszyłam włosy gorącym powietrzem z chlorowanej wody a one i tak nie wyglądały źle!




W wakacje rok później codziennie przez 2 tygodnie  moczyłam je w morskiej wodzie, myłam czasem nawet dwa razy w ciągu dnia,chodziłam w mokrych po słońcu i wtedy odkryłam, że potrafią się kręcić! 





Zanim zaczęłam szaleć z włosami, nadal nosiłam grzywkę (którą zawsze ambitnie zapuszczałam a i tak kończyłam ze ściętą na prosto), jedyne co robiłam to je rozczesywałam. Wszyscy zachwycali się jak mam wiele włosów i że są takie piękne. Jakoś ja tego nie widziałam. Dla mnie to nie były ładne włosy. Ani kręcone, ani proste. Takie nijakie.  Marzyłam wtedy o prostych. 


Na wycieczce dziewczyny zaczęły kombinować z szamponetkami na włosy. Pomyślałam ''czemu nie?''. I tak nałożyłam na włosy coś, co miało wyjść fioletowe. Była to szamponetka Palette w kolorze śliwki. Złapało niewiarygodnie nierównomiernie, ale cóż się dziwić,nakładała mi to dziewczyna, która za mną nie przepadała,hahah:D




Skończyłam szkołę podstawową i zapragnęłam pofarbować włosy na dłużej. Wybór padł na czerwony. W sumie nawet podobał mi się ten kolor. 


Czerwony kolor trzymał mi się na włosach blisko rok. Może nie tak intensywnie jak zaraz po pofarbowaniu, ale nie wypłukał się nigdy z włosów. 

Na początku gimnazjum miałam szał na prostownicę. Przez dwa miesiące prostowałam włosy nawet dwa razy dziennie. Wcześniej niezniszczalne, tego jednak tak dobrze nie zniosły. Zrobiły się rzadsze i suche. Gdy były wyprostowane wyglądały jak piórka, a gdy ich nie prostowałam,miałam niewiarygodną szopę na głowie. 



Po dwóch miesiącach (styczeń, luty) przestałam codziennie prostować włosy. Nakładałam na nie jakieś odżywki, które swoją drogą niewiele dawały. 
Zapragnęłam wrócić do naturalnego koloru włosów, bo denerwowały mnie odrosty, a nikt nie pozwoliłby mi farbować włosów co miesiąc w I gimnazjum.


Włosy po dwóch farbach "w moim kolorze" i wyprostowane



Nie miałam jednak cierpliwości do prób powrotu do naturalnego koloru włosów. W wakacje pofarbowałam  się na czarno. Uważałam wtedy, że pasuje mi ten kolor. Ładnie podkreślał moją bladą skórę :D





Po pół roku znów zachciałam mieć włosy w moim naturalnym kolorze. Najpierw próbowałam rozjaśnić je farbą w odcieniu zbliżonym do naturalnego, a nawet trochę jaśniejszą. Nie załapało. W końcu w święta Bożego Narodzenia poprosiłam ciocię, by nałożyła mi na włosy rozjaśniacz. Nie przewidziałyśmy jednak, że jeden nie starczy (miałam wtedy włosy do ramion). Miejscami były brązowe, gdzieniegdzie rude, a jeszcze w innych miejsach blond. 



Pół roku później ścięłam włosy o jakieś 15 cm. Chciałam je względnie wyrównać. Oczywiście nie wyszło mi to całkowicie, ale przynajmniej z 5 warstw zrobiły się 3, a to już jest coś. 







Zaczęłam dbać o włosy. Odżywki, olejki, maski, wcierki. Kombinowałam jak mogłam. Cóż, wszystko co przeczytałam u Anwen chciałam od razu wypróbować! Zaczęłam od wydobycia skrętu. Niestety wyszło z tego tyle, że pokleiłam włosy pianką i w ani jednym miejscu nie przypominały loków. Ja jednak byłam z siebie taka dumna! W ogóle nie rozumiem dlaczego :D 






Przez jesień i zimę włosy olejowałam, nakładałam odżywki, maski, używałam wcierek. Co chwilę pytałam wszystkich, czy widać efekty. Co jednak mieli mi odpowiadać? Babcia twierdziła, że to tylko moje wymysły i niepotrzebnie męczę włosy,a Oskar mówił, że widać efekty i teraz już tylko zapuszczać. 

W styczniu 2014 włosy już zaczynały się ładnie kręcić, chociaż były dni, gdy były po prostu spuszone jakbym nigdy nie zaczęła o nie dbać.




W marcu złapała mnie ulewa, po której pozwoliłam włosom po prostu wyschnąć, nie robiąc z nimi kompletnie nic. Jedynie ugniotłam je lekko rękami, nic więcej. To wtedy zauważyłam, że włosy najładniej kręcą mi się, gdy pozwolę im wyschnąć tylko ugniecionym, bez żadnych pianek itp. 





O włosy nadal starałam się dbać. Odżywka po każdym myciu, co jakiś czas maska, olej na włosy za każdym razem gdy miałam tylko na to czas. W roku szkolnym przed każdym myciem starałam się nakładać olej chociaż na dwie godziny. W wakacje, choć mam więcej czasu, jestem na to zbyt leniwa. Teraz wolę nałożyć olejek po myciu lub przy myciu włosów dodać go do odżywki. 





Całe życie marzyłam o tym, by mieć włosy do talii. Miałam takie jedynie, gdy miałam 6-7 lat i nigdy więcej. Dlatego to jest mój cel. 
Dodatkowo zawsze podobał mi się rudy kolor włosów,. Robię takie co jakiś czas szamponetkami, jednak kusiło mnie zrobić farbą. Tak na dłuższy czas. Żal mi jednak niszczyć włosów i tego, jak długo je zapuszczałam,by mieć naturalny kolor. Teraz jedynie końcówki pamiętają rozjaśniacz. Włosy praktycznie zawsze mam pokręcone. Najbardziej podoba mi się efekt, gdy śpię w niskiej kitce, ponieważ górna część włosów jest wtedy prawie prosta, a dół polokowany. 










Brak komentarzy :

Prześlij komentarz