3 sierpnia 2018

Next Level - opcja biznesowa

Witam serdecznie!
Jak tam pierwsze dni sierpnia? W grudniu na pewno nie usłyszymy narzekań, że  "lata nie było", bo jest i to pełną parą! W tym roku wyjątkowo nas dopieszcza.

Jak na wakacje studenckie przystało, większość osób podejmuje jakąś pracę - czy to po to, by utrzymać się później na studiach, czy po to, by odłożyć na jakiś konkretny cel. Moim powodem była.. spontaniczność. Tak, dokładnie tak to mogę nazwać.

Gdy napisała do mnie dziewczyna na instagramie z propozycją pracy, przedstawiając ją w samych superlatywach, pierwsze, co jej odpisałam, to ''tylko nie mów, że Oriflame". Już kilka razy dostawałam propozycję pracy w Oriflame czy Avonie i nawet nie zastanawiając się nad tym, od razu odmawiałam. Tak po prostu. Moja mama kiedyś w tym działała, gdy byłam małą dziewczynką i wtedy podobało mi się, że mamy dużo różnych kosmetyków w domu (zresztą, odkąd pamiętam lubiłam kosmetyki i do dziś się to nie zmieniło).
Oczywiście nie myślałam, że skorzystam z propozycji, ale skoro miałam jedynie niezobowiązująco obejrzeć transmisję, to dlaczego nie? Tak więc umówiłam się, że po weekenedzie zobaczę na czym to wszystko polega i podejmę decyzję.

Dominika, bo tak nazywała się dziewczyna z transmisji, przede wszystkim miała "gadane". Nie myślałam, że wysłucham prawie 40 minutowego filmiku, ale jednak (jeśli kiedyś trafisz na mojego bloga, to serdecznie Cię pozdrawiam! ♥). Wiadomo, że próbując nakłonić kogoś do podjęcia pracy, opowiada się tak, by nawet wady wydawały się zaletami, ale po transmisji wiedziałam już czego mniej-więcej mogę się spodziewać.

Kiedy się zgodziłam, od razu zaskoczenie - wow, tym dziewczynom naprawdę zależy, żeby mi zależało! Rozmowy na skype, wyznaczanie kolejnych zadań, tłumaczenie i przedstawianie. Prawdę mówiąc, zdziwiło mnie to - raczej spodziewałam się, że będę sobie wszystko robić "w swoim tempie". A tu częste rozmowy na skype, konkretne zadania do wykonania - to miłe czuć, że im zależy. Wiadomo, dla nich to jest biznes, żebym ja się rozwijała, ale zawsze dodaje to jakichś chęci do działania.


O co chodzi z tym Next Level?
Zespół Next Level opracowany ma cały plan marketingowy, w który po kolei, krok za krokiem, Cię wprowadzają. Pokazują, co zrobić, jak zdobyć chętnych, jak prowadzić rozmowy. Wszystko, ale nie na raz, lecz przy każdej kolejnej rozmowie przez skype dostajesz konkretne informacje.


Czym tak naprawdę będę się zajmować?
Głównym moim zadaniem jest promowanie możliwości biznesowych w Oriflame, reklamowanie firmy, zachęcanie osób do dołączenia, a dodatkowo zamówienia. Wydaje mi się, że najgorszy jest właśnie ten początek - kiedy szukasz chętnych osób wśród swoich znajomych. Dla mnie na przykład dużo łatwiej byłoby odezwać się do obcych osób, niż pisać do ludzi, których dobrze znam lub kojarzę.
Ważne jest, by jak najszybciej zbudować ten swój zespół składający się choćby z kilku osób - potem wszystko będzie się jakoś kręcić samo.
Oczywiście trzeba też znaleźć sobie stałych klientów, by co katalog wyrobić ustaloną normę. Ja zaczęłam w nieco niekorzystnym momencie, jeśli chodzi o katalog, bo już minęła jego połowa, a teraz mijają kolejne dni, a ja wciąż nie mam go w wersji papierowej, by gdziekolwiek iść. Na szczęście na stronie internetowej można go także obejrzeć w wersji online, więc mogę podesłać go znajomym i liczyć na to, że coś sobie jednak wybiorą. Ah, no i fajnie robi się interesy z moją mamą: "wybierz cokolwiek do 50 zł". To już prawie 1/4 wymaganych punktów z zamówienia w pierwszych krokach działalności, dzięki mamo!

Jeżeli chodzi o zarobki, to na trzech pierwszych poziomach są one z katalogu (na drugim i trzecim poziomie masz spore zniżki), a od czwartego poziomu dostaje się już wypłatę na konto co trzy tygodnie - daje to w skali roku więcej wypłat, niż przy zwykłej pracy. Dziewczyny starają się jak najszybciej doprowadzić nowicjuszki do tego czwartego poziomu, co w tej sytuacji jest bardzo ważne.

Gdyby kogoś zainteresowało to, czym się zajmuję i chciałby podjąć współpracę - niech się do mnie odezwie! Chętnie przybliżę szczegóły i pokieruję, co robić dalej. :) Katalog jest jeden na trzy tygodnie, a reszta pracy to głównie działanie przez internet. To, kiedy i ile czasu pracujesz - zależy tylko od Ciebie!



Zapraszam także na stronkę Next Level: https://www.facebook.com/OurNextLevel/





31 lipca 2018

Konsultantka

Dzień dobry!
Mam nadzieję, że nie dokuczają Wam upały?
Dla mnie wychodzenie na dwór w ciągu dnia kończy się momentalnym przegrzaniem, ale na szczęście w domu jest przyjemnie, choć i tak temperatura przekroczyła już 26 stopni, a to o 3 stopnie więcej, niż zazwyczaj.

Wczoraj stwierdziłam, że zabawię się w bycie konsultantka Oriflame. Dostawałam już kilkakrotnie propozycje od różnych osób, ostatnio napisała do mnie dziewczyna na Instagramie i skoro nic na tym nie tracę, to mogę spróbować. Rozsyłałam już znajomym informację o tym, ciocia koleżanki praktycznie zadeklarowała się, że przejrzy katalog i coś zamówi - kto wie, może mi się spodoba? Czeka mnie w południe rozmowa na ten temat właśnie z dziewczyną, która będzie mnie prowadzić.

Przyszło także wczoraj do mnie zamówienie - zestaw do keratynowego prostowania włosów. Zrobiłam ten zabieg po raz trzeci i mam nadzieję, że będzie się trzymać tak długo, jak poprzednie dwa. Jak pozbieram zdjęcia, to zrobię o tym osobny wpis. Każdy zabieg trzymał mi się około pięciu miesięcy, choć producent deklaruje trzy, także dla mnie to świetne rozwiązanie. Niby czasami mam myśli, że tęsknie za kręconymi włosami, ale wtedy przypominam sobie, jakie były wtedy podatne na zniszczenia i często się puszyły - a tak mam spokój. No i czuję się zdecydowanie lepiej w prostych, tak "poważniej". Choć mówiłam, że będę prostować tylko do momentu osiągnięcia wymarzonej długości - kto wie, jak to ze mną będzie?

Koniec lipca oznacza, że 1/3 wakacji już za mną. Gram na gitarze, dosyć często siadam do teorii związanej z nowym kierunkiem studiów, odpoczywam - od tego w końcu są wakacje! Mogę się poczuć trochę jak "pani domu" (mój partner cały czas marudzi, że przytyje od moich smacznych obiadków, haha), ale podoba mi się to - w akademiku już tak nie będzie.. ;)
Ta muzykologia mnie intryguje, jestem ciekawa, jak będzie, ciekawi mnie też nowy akademik i czasem aż by się chciało, by to już trwało, ale z drugiej strony - wakacje, nie kończcie się zbyt szybko!



Zdjęcie sprzed kilku dni - włosy jeszcze przed zabiegiem. :) 

20 lipca 2018

Dwadzieścia lat

Dzień dobry!
Ostatni tydzień praktycznie cały czas lało, a dziś, jak na zawołanie, cieplutko i piękne słońce!

Dzisiejszy dzień jest dość dla mnie wyjątkowy. Koniec z mówieniem o sobie "naście" i choć wielu by nad tym faktem ubolewało, ja się bardzo cieszę! O nastolatce nikt nie pomyśli poważnie, lecz z nutką żartu, ironii. "Dzieścia" brzmi dojrzalej, co w mojej sytuacji jest całkiem korzystne.

Nie czeka mnie dziś żadna szalona impreza. We wtorek spotkałam się z koleżanką, w ramach moich urodzin, w Poznaniu - kupiłam przez nią trzy nowe kolory lakierów do paznokci, ale są tak piękne, że nie żałuję. O ile top i bazę do paznokci hybrydowych wolę kupić z Semilaca, bo mam wrażenie, że produkty tej firmy są "nie do zdarcia", tak kolory wolę kupować z Silcare - są po prostu tańsi, a jakościowo nie widzę różnicy (skoro mogę mieć trzy lakiery zamiast jednego to chyba korzystna opcja, prawda?). Z Agatą byłyśmy także na naleśnikach - wybrałam opcję z bananem, nutellą i bitą śmietaną i były smaczne, ale jednak moje domowe w tej wersji są lepsze, naprawdę. Wiecie, więcej nutelli, prawdziwa śmietana a nie z mleka i śmietan-fixu - to robi ogromną różnicę.

Jeśli chodzi o dzisiejszy dzień, to zaczęłam go przyjemnie. Pierwszy raz mogłam obudzić się w swoje urodziny koło ukochanej osoby i mimo, że budziłam się koło niego już wiele razy, to jednak ta otoczka urodzin ma swój urok. Kwiaty i prezent do łóżka. Więcej przytulania po przebudzeniu. Wspólne śniadanie. Większość dnia spędzę sama, bo mój Romeo będzie do wieczora w pracy, ale w sumie nie przeszkadza mi to. Co chwilę ktoś pisze do mnie z życzeniami i choć zdaję sobie sprawę, że mało która z tych osób naprawdę pamiętała, kiedy mam swoje święto (magia social-media), to mimo wszystko jest to bardzo miłe.

Mam w tym roku bardzo kreatywne koleżanki co do wymyślania życzeń - Agata i Karolina, wygrałyście! ♥ Tak zabawnych, a jednocześnie prawdziwych życzeń chyba jeszcze w życiu nie dostałam. Pozdrawiam Was i dziękuję jeszcze raz! Zwłaszcza Agato - jeśli Twoje życzenia się spełnią, to chyba mi więcej już w życiu do szczęścia nie potrzeba. No, może poza karierą, ale o tym pamiętała Sonia, którą również pozdrawiam!

Teoretycznie powinnam mieć teraz jakieś przemyślenia na temat swojego życia. I wiecie co? Wydaje mi się, że chyba już wiem, jakie decyzje chce podjąć jeśli chodzi o uczelnię. Dostałam się na muzykologię, kolega chce mnie poduczyć kroków, bym w październiku dostała się do Zespołu Pieśni i Tańca "Łany" (zobaczymy, jak mu pójdzie), a może w przyszłości pomyślę poważnie o zrobieniu dodatkowo studium wokalnego. Póki co nie zamierzam rezygnować z warsztatów wokalnych w Ośrodku Kultury. Chcę też przyłożyć się do nauki gry na gitarze, tak bym mogła powiedzieć o sobie, że jestem "dobra", a nie "trochę umiem".

Czuję, że mam taki wewnętrzny spokój w tym momencie. Spędzam wakacje u najbliższej mi osoby. Po wakacjach wracam do Poznania i już wiem, że z moją współlokatorką Wiktorią będziemy razem mieszkać kolejny rok, ale w lepszym, jeśli chodzi o standardy, akademiku. Tak jak całe życie miałam takie uczucie, że coś jest nie tak, że coś muszę zmienić, tak teraz czuję w końcu zadowolenie. Mój związek, choć łamiący stereotypy, jest niesamowicie satysfakcjonujący i czuję, że jestem przy odpowiedniej dla mnie osobie. Życzę każdemu takiego szczęścia, jakie on daje mi.

Mam nadzieję, że za rok napiszę post, w którym wciąż będę zakochana w tym samym mężczyźnie oraz pochwalę swoje decyzje związane z uczelnią. Tego życzę sama sobie! ♥




5 czerwca 2018

Tylko mnie poproś do tańca

Dzień dobry!
W sobotę jest pewne wydarzenie w Poznaniu, w którym postanowiłam wziąć udział, ale zanim się na to w stu procentach zdecydowałam, postanowiłam najpierw nagrać jak śpiewam, by posłuchać samej siebie i móc wychwycić błędy. Stwierdziłam, że skoro mam już nagranie, to wrzucę je na moje konto na YouTube, w końcu - dlaczego nie? Zawsze to jakaś pamiątka, tam na pewno nie zginie, haha. Oczywiście słyszę momenty, które są zdecydowanie do poprawki, ale nie jest źle - przynajmniej wiem, nad czym pracować. Gdyby ktoś chciał posłuchać - zapraszam!




31 maja 2018

Kórnik, Rogalin, Puszczykowo

Witam!
Ostatni dzień maja był dla mnie niesamowicie łaskawy. Mieliśmy z moim partnerem tylko jeden cel - pojechać do Kórnika. Choć byłam tam rok temu (klik), jest to na tyle pięknie miejsce, że zapewne wrócę tam jeszcze nie raz. Odpuściliśmy sobie zwiedzanie zamku, ponieważ oboje go widzieliśmy, przespacerowaliśmy większość arboretum, przeszliśmy się także brzegiem jeziora i trochę głównymi ulicami. Prognoza pogody przewidywała w ciągu dnia deszcze i burze - nic z tego, calutki dzień utrzymywał się upał przekraczający 30*C - z jednej strony super, ponieważ pogoda nie popsuła nam planów na wycieczkę, a z drugiej strony chodzenie po tak ostrym słońcu nie należy do najprzyjemniejszych, oboje się nieco spiekliśmy, ale warto było.






















Jadąc z Kórnika, zatrzymaliśmy się w Rogalinie. Sam pałac był zamknięty, ale nam zależało na zobaczeniu słynnych dębów rogalińskich, o których kiedyś, dawno temu, musiałam uczyć się do konkursu wiedzy o Wielkopolsce. Znacznie przyjemniej było je po prostu zobaczyć i pochodzić po parku.














Kolejny punkt naszego dnia także wyszedł bardzo spontanicznie. Przejeżdżaliśmy przez Puszczykowo i mój partner wpadł na pomysł, byśmy wjechali do Muzeum Arkadego Fiedlera. Mnie to nazwisko kojarzyło się jedynie z opowieściami jego (chyba) wnuka, który rok temu opowiadał o swojej podróży maluchem przez Afrykę i Azję w ramach zjazdu malucha w Obornickim Ośrodku Kultury. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy tam zajechaliśmy! Muszę przyznać, że chodzenie po piwnicy, gdzie były przeróżne rzeczy dotyczące Indian, łącznie z grobowcem (?) było nieco przerażające. Chodzenie po Santa Marii (rekonstrukcji) przyniosło mi wiele frajdy. W ogóle to muzeum, choć w sumie małe, ma niesamowity klimat i takie rzeczy, których bym się w życiu nie spodziewała. Na dodatek mieszka tam pirania roślinożercza (która miała puste akwarium, bo wszystko zjadła, haha) oraz srebrny kot rosyjski, który był po prostu przepiękny i kochany - chyba wszyscy turyści muszą do niego podchodzić, skoro 17-letni kot daje się bez problemu głaskać.
Jedna zabawna rzecz była także w Puszczykowie, a mianowicie - stał stół z ławkami, na którym była odciśnięta w złotej masie i podpisana dłoń Bohdana Smolenia, a na ławce wyryty był napis:
"TU SIEDZIAŁA D... SMOLENIA 
(NA ŻYCZENIE BOHDANA SMOLENIA".









Tak, to jest kamasutra, 















Cały dzień był dla mnie bardzo ekscytujący. Przyjemnie jest czasem tak po prostu gdzieś pojechać, pochodzić, spędzić miło czas, a na dodatek zobaczyć coś interesującego i czegoś się dowiedzieć. Z racji tego, że wstałam nieco wcześniej, niż wymagałaby tego godzina, na którą się umówiliśmy, miałam rano czas pograć na gitarze, a wieczorem, choć zmęczona upałem i spacerami, usiadłam i dokończyłam jeden tekst na uczelnię. Chyba mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że wykorzystałam ten dzień w stu procentach!

Jutro jadę do Obornik, w sobotę mam próbę w ośrodku kultury, a w niedzielę na Łazienkach w Obornikach organizowany jest dzień dziecka, na którym wraz z Olimpią zaśpiewamy piosenkę "Mam tę moc". Na próbach wychodziła nam całkiem dobrze, zobaczymy, jak nam pójdzie na występach.

Do zobaczenia w kolejnym poście!

29 maja 2018

W powietrzu czuć sesję

Dzień dobry!
Na dworze temperatura przekracza 30*C, z jednej strony cudownie, no bo lato, prawie wakacje, uzupełniamy niedobory witaminy D na słoneczku, ale z drugiej .. komunikacja miejsca dobija bardziej, niż w chłodne dni, w salach nie da się wytrzymać i tylko czasami uda się zrobić jakikolwiek przewiew, a na dodatek zamiast iść biegać albo spędzić godzinkę na graniu na gitarze, to muszę uczyć się do egzaminów i innych dziwnych kolokwiów po drodze. Kto to w ogóle wymyślił?

Na szczęście mogę się pochwalić, że już jeden egzamin zdany na 5, drugi napisany (chwała Bogu za wymyślenie przedterminów) dzisiejszego ranka, ale nieuchronnie zbliżają się zaliczenia z ćwiczeń. I to jest sto razy większe piekło, niż egzaminy. No bo wiecie, materiał z wykładów mam w większości na laptopie, mogę tylko wydrukować i się uczyć, a ćwiczenia? Miliardy nudnych tekstów, chaos w notatkach.. po prostu dramat. W kolejnym tygodniu mam tylko jedno zaliczenie, ale w jeszcze następnym.. w poniedziałek dwa, we wtorek jedno, w środę dwa (lub jeśli się uda to jedno) i kolejne w czwartek. To ja już wolę sesję, gdzie między każdym egzaminem mam ileś dni wolnego i mogę się uczyć na spokojnie, jest wolne, więc wysypiam się, odprężam i dopiero uczę.

Coraz częściej mówię o tym, że raczej zmienię kierunek, więc chyba tak będzie. Odrobinę się waham, bo z jednej strony pójście w muzykę byłoby takim spełnieniem marzeń, a z drugiej, kurcze, rok do tyłu. Chociaż znów jak myślę o tym roku, to mimo wszystko nie uważam go za zmarnowanego, ponieważ, o ile część materiału nie przydałaby mi się nawet jakbym została nauczycielką, tak część była na tyle uniwersalna, że nawet jeśli los da mi szansę bycia kiedyś mamą, to wykorzystam te wiedzę. Na przykład znajomość książek dla dzieci czy zabaw może być przydatna. Metody wychowawcze nie są mi obce. Na muzykologii zresztą magisterkę można robić właśnie w kierunku nauczycielskim, więc jeśli jednak zatęsknię za tym pomysłem, to w zasadzie nic straconego, a może jakieś oceny udałoby mi się przepisać (tylko najpierw muszę zdać ten rok, haha).

Poza moją kochaną współlokatorką, która wciąż mi mówi, że głupia jestem, że chce zmienić, bo rok zmarnuję, to wszyscy moi znajomi podeszli do tego pomysłu dość neutralnie, a kolega, z którym śpiewam w OOK, nawet się trochę ucieszył, bo też się wybiera na muzykologię i "miałby od kogo brać notatki" (dzięki!).

Za kilka dni rusza rekrutacja - papiery złożę, sesję chcę zdać (nawet, jeśli trafi się jakaś poprawka) i zostawiam sobie jeszcze tę kwestię do namysłu. Może czasami warto zaryzykować?




3 maja 2018

Weekend majowy

Cześć! :)
Bycie studentką (tak jak i uczniem, nauczycielem...) ma jeden bardzo duży plus - długie weekendy są zawsze dłuższe, niż u reszty ludzi. Dla mnie weekend majowy rozpoczął się już w piątkowe popołudnie 27 kwietnia, a skończy dopiero w niedzielę. Obawiałam się, że jak wszyscy znajomi pojadą do rodzin, to będę w Poznaniu czuć się samotna, ale, ku mojemu zdziwieniu, te wolne dni mijają mi bardzo przyjemnie. 

W weekend, tradycyjnie, byłam w Obornikach. Miałam w sobotę od rana próbę (warsztaty wokalne), a wieczorem zostałam na koncercie "Jesteśmy stąd". W niedzielę za to, tak jak i dzisiaj, odwiedziłam moją ciocię i młodszą, dużo młodszą kuzynkę. Mała jak słyszy moje imię, to kojarzy jej się z racuchami z jabłkami, bo już któryś raz, jak do nich jechałam, to je robiłam, więc dziś oczywiście także. Zuzka jest tak niesamowicie żywiołowa! Raz płacze, bo coś jest nie po jej myśli, potem szaleje z radości, za chwilę chce na ręce, a jeszcze chwilę później ciągnie cię, bo chce, byś coś zobaczyła albo z nią biegła. Ciężko nadążyć, haha. 




W jeden dzień odwiedziła mnie koło południa koleżanka i robiłyśmy razem paznokcie. O ile w pierwszym semestrze miałyśmy razem zajęcia, tak teraz nic nam się nie pokrywa, więc gdy udaje nam się co drugi tydzień spotkać właśnie na robienie hybryd, to mamy czas pogadać i po prostu się spotkać. 

Muszę przyznać, że do tej pory gustowałam raczej w ciemnych kolorach, a już w ogóle moją miłością co do koloru paznokci jest po prostu czerwień. W różnych odcieniach, ale czerwień. Dla mnie to klasyka nie do przebicia, jednak w ostatnim czasie przekonałam się do jasnych kolorów. O ile biel wiedziałam, że przypadnie mi do gustu, tak ku mojemu zaskoczeniu, kolor "Biscuit" z Semilaca bardzo pasuje do moich dłoni i wprost nie mogę się napatrzeć! I pomyśleć, że leżał nieużywany prawie rok w pudełku. Cóż, może to to słońce i letnia wręcz aura tak na mnie wpływają. 

Czasami ktoś może się zastanawiać - skoro gram na gitarze, dlaczego na zdjęciach mam zwykle długie paznokcie? Otóż odpowiedź jest prosta. Na lewej ręce mam krótkie, na prawej dłuższe. Kiedy są pomalowane, nie rzuca się to w oczy, dopóki ktoś naprawdę nie zwróci na to uwagi. Agata za to przez długi czas nie mogła na nie patrzeć, bo przyzwyczajona do pięknych, idealnie równych paznokci, w dodatku po kursach zdobienia, raziło ją to w oczy, ale przyzwyczaiła się. Niestety, możliwość grania na gitarze jest dla mnie ważniejsza niż idealne paznokcie. 





Jednym z takich bardziej zaskakujących rzeczy tej majówki jest to, że wygrzebałam się na bieganie. W końcu. Po ponad półtora miesięcznej (znów) przerwie. Nie wiem, jak to jest, że w liceum biegałam regularnie, a w Poznaniu nie jestem w stanie. Czasem najdzie mnie taka ochota, by po prostu ubrać się i wyjść zrobić kilka kilometrów, ale nie ma już tej regularności. Szczerze mówiąc jednak, mocno mi to nie przeszkadza. Po prostu się już przyzwyczaiłam. Gdy przyszłam mieszkać do Poznania to chciałam podtrzymywać tę aktywność, ale non stop byłam chora. Migdałki, prawdę mówiąc, wciąż mi dokuczają, ale niedługo mam wizytę u laryngologa, to może coś się wyjaśni. Tak czy inaczej, zakwasy deformują moje chodzenie do teraz, ale mam satysfakcję, że nabiłam te trochę ponad 9 km i niczego więcej mi nie potrzeba. 






Jutro szykuje się dla mnie bardzo miły i wyjątkowy dzień. Tak jak w środę, odwiedzi mnie jutro mój partner i zamierzamy spędzić sympatycznie kilka wspólnych godzin. 
W sobotę znów próba, w niedzielę może zmotywuję się do czegoś związanego z uczelnią i.. powrót do rzeczywistości.


A jak Tobie minęła majówka? :)

30 kwietnia 2018

Drugi semestr

Witam!

Ostatni dzień kwietnia, zanim się obejrzę, przyjdzie czas sesji. Czuję już powoli presję zaliczeń, ponieważ w zasadzie powinnam mieć już napisaną pracę zaliczeniową i choć szkielet "Księgi zabaw" na warsztat pedagogiki zabawy oraz przeczytane teksty z historii wychowania, a ja wolę zajmować się oglądaniem filmików o historii muzyki Agaty Chojnackiej, zamiast tym, co związane ze studiami. 

O ile pierwszy semestr minął mi gładko, tak drugi.. mam wiele wątpliwości. I to nawet nie przez same przedmioty, bo oczywiście przy odrobinie pracy wszystko jest do nauczenia i zdania, ale już na dwa tygodnie przed praktykami zaczęłam przebąkiwać, że chyba chciałabym zmienić studia. 

Marudziłam, marudziłam, przyszedł czas praktyk.. i po pierwszym tygodniu byłam załamana. Na każdym kroku przez opiekunkę praktyk miałam pokazywane, jak bardzo nie wpadłam jej w oko. Dzieciaki oczywiście były kochane i kiedy do nich podchodziłam, to nie miałam problemu z nawiązaniem kontaktu, ale stosunek tej pani do mnie uświadomił mi, że w pracy w szkole często spotkam się z nieżyczliwością, jakąś zazdrością, robieniem sobie pod górkę.. pamiętam różne, z perspektywy czasu zabawne, akcje w szkole - za czasów pracowania mojej babci. Nie wiem, czy mam ochotę na intrygi tego typu. Nauczyciele niestety w niektórych środowiskach są dla siebie nawzajem bardzo niemili.
Kolejny tydzień spędziłam w szkole podstawowej. Tu już było zdecydowanie przyjemniej. Dzieciaki garnęły się do mnie, miałam nawet swojego "wielbiciela", który przytulał mnie co przerwę i oprowadzał po szkole, gdy trzeba było mi wskazać inną klasę niż tą, w której zwykle mają zajęcia. Ten czas odbudował nieco mój pogląd na zawód nauczyciela wychowania przedszkolnego i nauczania początkowego, jednak wciąż moje serce chciałoby iść w kierunku muzyki.

Jakiś czas temu, gdy rozmawiałam z kolegą, tegorocznym maturzystą, z którym chodzę na warsztaty wokalne, właśnie o studiach, to wspomniał o muzykologii. Szczerze mówiąc, rok temu nawet nie przyjrzałam się temu kierunkowi z góry spisując go na straty, bo nie wierzyłam, że na uniwersytecie może być coś związanego z muzyką, myślałam, że to może jakaś myląca nazwa i odpuściłam sobie zagłębianie się. I to był ogromny błąd! Jestem pewna, że gdybym wtedy się tym zainteresowała... dziś nie byłabym na pedagogice. Zaczęłam czytać co to jest, czego się będziemy uczyć, co można po tym robić.. i zaczęłam pragnąć zmienić studia. Ewentualnie myślę nad tym, by spróbować ciągnąć dwa kierunki, ale to niestety może być ciężkie organizacyjnie choćby ze względu na lokalizację tych wydziałów - odległych od siebie. 

Kiedy w wakacje pracowałam w ośrodku kultury, to czułam, że to jest moje miejsce. Oczywiście, byli pracownicy, którzy mnie irytowali. Oczywiście, denerwowałam się przez niektóre wyznaczone mi zadania, ale byłam SZCZĘŚLIWA chodząc do tej pracy, czułam się dobrze, wstawanie rano było przyjemnością, bo wiedziałam, że w tym miejscu jest mi dobrze. Nie żałowałam ani przez jeden dzień, że nie miałam w ogóle wakacji, choć teoretycznie między maturą a rozpoczęciem studiów człowiek ma najdłuższe wakacje życia. Inną sprawą jest to, że Obornicki Ośrodek Kultury to miejsce, w którym czuję się "jak w domu", a po stażu wzmocniło się to tym bardziej, ale wydaje mi się, że taka praca byłaby dla mnie zdecydowanie bardziej fascynująca i interesująca niż szkolne biurko czy przedszkolny dywan. 

Chcę móc uczestniczyć w kulturze. Może nawet ją tworzyć. 

Marzę o tym, by mieć bodziec do działania i nagrywać covery piosenek na YouTube i wiem, że kiedyś to spełnię, a jeśli jednak tego nie zrobię, to będę niesamowicie żałować. 

W moim życiu muzyka zawsze odgrywała ogromną rolę. Pierwszy raz na scenie stałam mając 5 lat. Za niespełna dwa miesiące będę mieć lat 20. I tak jak jako mała dziewczynka marzyłam, by swoje życie powiązać z muzyką, to dziś wciąż o tym marzę. Obojętnie czy będę pisać o tej muzyce, dogadywać szczegóły koncertów w jakimś ośrodku kultury, tworzyć plakaty czy uczestniczyć w niej bezpośrednio poprzez śpiew - moje serce należy do artystycznego świata i czuję, że to jest moje miejsce i powinnam do tego dążyć.

Jaką podejmę decyzję? Nie wiem. Dokumenty na muzykologię na pewno złożę. Pierwszy rok na pedagogice na pewno dokończę. Co zrobię dalej? Na ten moment nie wiem. Może wezmę dwa kierunki. Może zmienię studia. Może ze strachu przed ewentualną porażką zrezygnuję z obu pomysłów i dokończę pedagogikę. Muszę to jeszcze przemyśleć i przedyskutować. Na ten moment muzykologia mnie kusi, mocno kusi. Na szkołę muzyczną nigdy nie miałam szans - najpierw rodzina mi to uniemożliwiła, a potem mój wiek. Może muzykologia byłaby w takim wypadku trafnym wyborem?





26 lutego 2018

I po sesji!

Dzień dobry!

Czy ja wrócę kiedyś do regularności? Codziennie myślę sobie "a może by coś napisać", a ostatecznie nic nie robię. Cóż, do grania na gitarze dojrzewałam wiele lat, może na bloga też przyjdzie pora, haha.

W zasadzie mój plan na dzisiejszy post, to streszczenie ostatnich kilku tygodni od ostatniego. Tyle nasłuchałam się, jaka to sesja jest straszna, ciężka, okropna, nie śpi się po nocach, żyje w ciągłym stresie... szczerze? Dla mnie sesja była bardzo przyjemna, haha. Oczywiście, stres był przed samymi egzaminami, zwłaszcza, że to moja pierwsza sesja w życiu, ale pomiędzy każdym egzaminem miałam jakiś choć jeden dzień wolnego, był czas na naukę, były dni wolne, gdy jeździłam do cioci pobawić się z kuzynką, czy do Obornik do mojego partnera, sporo czasu spędziłam ze znajomymi, świętowaliśmy też moje imieniny... Cięższa była dla mnie końcówka stycznia, kiedy miałam zaliczenia z konwersatoriów, bo wtedy rzeczywiście bywały nawet po dwa zaliczenia w ciągu dnia i brakowało czasu na naukę, przez co nerwów było więcej, ale wydaje mi się, że było to porównywalne z .."przedkońcosemestrowym" tygodniem w liceum.. ;) Finalnie, wszystko mam zdane, nie miałam żadnej poprawki, a z ocen jestem zadowolona. Tak naprawdę studia to dla mnie pierwszy raz, kiedy rzeczywiście uczę się tylko i wyłącznie dla siebie. Nie dla kogoś z rodziny, nie dla nauczycieli, nie po to, by nikogo nie zawieść. Tylko i wyłącznie dla siebie. I wiecie co? To naprawdę odejmuje negatywnych emocji. Gdy z filozofii dostałam 3 z egzaminu, to byłam szczęśliwa, że nie muszę za tydzień iść na poprawkę, a nie martwiłam się, że sprawię swoją oceną komuś przykrość. Początkowo wkurzałam się na mojego partnera, że jedynie interesuje go, czy zdałam, a nie, na jaką ocenę, ale w sumie teraz jestem mu wdzięczna, haha, zwłaszcza, gdy wszystkim opowiada, że świetnie mi idzie, chociaż ja określiłabym to jako dobrze, albo przeciętnie. Może po prostu patrze na siebie zbyt krytycznie?




Ze względu na dużą ilość dni wolnych w lutym, miałam częściej okazje do grania na gitarze. Moje współlokatorki teoretycznie się zarzekały, że gitara im kompletnie nie przeszkadza, ale jednak niekoniecznie chcę ćwiczyć przy nich. Przy graniu lubię sobie pośpiewać, często wciąż coś mi nie wychodzi, a słuchacze to dla mnie byłby stres, a nie przyjemność z grania. Lubię zaparzyć herbatę lub zrobić kakao i usiąść z gitarą, gdy jestem sama w pokoju. To dla mnie jednocześnie relaks i nauka, rozwijanie umiejętności, walczenie o własną motywację. Wiele lat marzyłam o tym, by nagrywać na YouTube właśnie covery piosenek. Jedną, wraz z koleżanką i pomocą miłego Pana od nas z Ośrodka Kultury, udało mi się nagrać i choć gdy słuchałam jej wielokrotnie to znalazłam milion miejsc, które bym najchętniej poprawiła, to jednak jestem przeszczęśliwa, że udało nam się. Wmawiam sobie, że to był mój taki pierwszy maleńki kroczek do spełniania marzeń. Kto wie...

Niestety, właściciel pięknej czarnej gitary ma w marcu kilka koncertów i musiałam tymczasowo mu ją oddać, ale pożyczyłam w zamian klasyczną. Tęskno mi do czarnej, ale.. muszę poczekać.










Ostatnie kilka dni zakochałam się w piosence Natalii Kukulskiej "Im więcej ciebie tym mniej" i to właśnie ją zaczęłam teraz ćwiczyć na próbach w Ośrodku Kultury. W zeszłą sobotę byłam jeszcze chora (wciąż jestem) więc nie wychodziła mi tak, jakbym to sobie wymarzyła, ale skoro była to moja pierwsza próba z tą piosenką, a Pan Marian włączył mi sam podkład, to znaczy, że chyba aż tak źle mi nie szło, haha.

Mój znajomy zaoferował się, że jeśli nauczę się utworu Edyty Geppert "Zamiast", to stworzy mi podkład na gitarze i.. chyba poza faktem, że utwór jest po prostu piękny, to bardziej mnie motywuje właśnie fakt tego, że on chce mi akompaniować. Cóż, naukę czas zacząć! ;)


Już w czwartek w zeszłym tygodniu UAM rozpoczął drugi semestr. Jestem nieco przerażona faktem, że przez 9 lat w szkole nie nauczyli mnie mówić po angielsku, a teraz w cztery semestry mam być w stanie zdać certyfikat językowy. Teoretycznie wystarczy regularność w odrabianiu prac domowych i uczeniu się na testy, ale w moim przypadku w grę wchodzi blokada, przez którą bardziej się uwsteczniam, niż potrafię zrobić postępy. Nie mam pojęcia, jak to przezwyciężę..


Ostatnie dwie rzeczy, o których chcę napisać, dotyczą tematyki kosmetycznej. ;)

Po pierwsze - włosy!
Po pięciu miesiącach powtórzyłam keratynowe prostowanie, dokładnie 17 lutego. Głównym powodem było to, że wyprostowane włosy są bardziej odporne na uszkodzenia, mniej się kruszą, przez co łatwiej je zapuścić, a włosy do talii są moim marzeniem i celem. Drugim powodem było po prostu to, że takie włosy są... wygodniejsze. Jak umyję włosy u partnera, to potem wręczam mu suszarkę i mi je suszy, przez co łączę przyjemne z pożytecznym, haha. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji przy kręconych włosach, a on w życiu nie pozwoliłby mi spać w mokrych "bo się przeziębisz!". Może gdy już będą naprawdę długie i na noc będę je wiązać w warkocz, to wtedy kręcone miałyby sens, bo wysuszone suszarką wyglądałyby okropnie, ale po całonocnym warkoczu już byłyby ok, więc mógłby być to swego rodzaju kompromis.





Po drugie - olejek do masażu!
Uwaga! Naprawdę idzie się w nim zakochać. Pachnie przepięknie pomarańczą i wanilią i chyba nie ma nic przyjemniejszego niż umilanie nim sobie wieczorów we dwoje. Jego zapach nie dość, że jest piękny, to dodatkowo długo utrzymuje się na skórze, ale nie jest nachalny oraz, co ważne, skóra jest po nim nawilżona i miękka. Mieliśmy też świecę do masażu z Wellness&Beauty i jedyne czym wygrywała, to opakowaniem, ponieważ miała lejek, a ta z Biolove go nie posiada, ale ta z Biolove także bardzo długo zastyga, więc spokojnie można ją zgasić i nabierać "jak krem", co przy tej Rossmannowskiej było niemożliwe, ponieważ chwilę po zgaszeniu była już całkowicie zastygnięta. Taka świeca do masażu to naprawdę niesamowita sprawa, wprowadza niezwykle romantyczny nastrój i pięknie pachnie. Świeca do masażu Biolove o zapachu pomarańczy i wanilii - zdecydowanie polecam! Jest cudowna.





To tyle na dzisiaj. Do zobaczenia w kolejnym poście!




22 grudnia 2017

Coraz bliżej święta - cover

Witajcie!
Za dwa dni Wigilia - kupiliście już wszystkie prezenty? Jak idą przygotowania?
U mnie święta w tym roku będą wyglądać nieco inaczej niż zwykle. Póki co, do soboty jestem jeszcze w Poznaniu w akademiku i dopiero wracam do domu.

W zeszłą sobotę z koleżanką nagrałyśmy cover piosenki "Coraz bliżej święta" i choć wiem, że momentami mogłoby być lepiej, to obie jesteśmy przeszczęśliwe. Od czegoś w końcu trzeba zacząć!

Zawsze marzyło mi się nagrać jakiś cover. Kinga niestety nie chciała się bawić w nagrywanie video do piosenki.. a szkoda, bo miałam nawet jakiś zalążek wizji. Może uda się przy jakiejś kolejnej piosence, bo mam nadzieje, że jeszcze to powtórzymy.

Zapraszam do słuchania!






3 października 2017

Początek studiów; akademik

Cześć!
Moje najdłuższe wakacje w życiu minęły. Od niedzieli mieszkam w Poznaniu, w akademiku i oficjalnie jestem studentką UAM. W sumie nie wiem, czy to już do mnie dociera. Z koleżanką z pokoju stwierdziłyśmy, że na razie czujemy się jak na wakacjach. Spędzę w tym budynku i w tym mieście kolejny rok, ale tym razem już nie szkolny, a akademicki.

Gdy 1,5 tygodnia przed przeprowadzką do Babilonu przyjechałam tutaj, by w ogóle obejrzeć ten akademik, byłam przerażona. Naprawdę. Wybitnie stare meble, wystrój jak w PRL, koedukacyjne łazienki. Jestem tu od niedzieli. Mieszkam w pokoju trzyosobowym z dziewczynami, które poznałam tak naprawdę dopiero tutaj (wcześniej tylko pisałyśmy na fb i umówiłyśmy się na wspólny pokój) i póki co, zaczyna mi się tu podobać. Z naszymi rzeczami, kolorowymi pościelami, biało-zieloną ceratą i firankami ten pokój wygląda kompletnie inaczej. W weekend jak pojadę do domu chcę jeszcze zabrać kwiaty, które dostałam od pracowników Ośrodka Kultury, w którym miałam staż całe wakacje - jednego na urodziny i jednego na zakończenie pracy. Wiecie, że mi naprawdę się w tym domu kultury podobało? Tak, mam sporo nadgodzin, za które nikt mi nie zapłaci. Tak, zdarzało mi się mocno zdenerwować gdy ktoś robił mi pod górkę, albo traktował jak dużo gorszą, ale zdecydowana większość pracowników była dla mnie życzliwa, traktowała mnie jak równą sobie, doceniała. Podobały mi się dyżury na kinie (na jednym przyniosłam do sekretariatu gitarę, umilając nam tym czas), pomaganie przy półkolonii, robienie zdjęć, koncerty, imprezy. Moja polonistka z liceum, gdy mnie spotkała na jednym z koncertów, stwierdziła, że ''jestem w swoim żywiole".. i miała w sumie sporo racji. Ten czas jednak już za mną, planuję wciąż chodzić na warsztaty wokalne do OOK, tak jak już od prawie dwóch lat i na razie nie zapowiada się, by cokolwiek miało mi z tym kolidować.






Najcudowniejsza na świecie gitara miała już wrócić do swojego właściciela, ale wybłagałam, by została u mnie. Przystawka jest naprawiona, więc na występy będę mu ją oddawać, ale ogólnie... mieszka sobie w mojej szafie w akademiku, a plan mam na tyle fajny, że są dni, kiedy jestem sama w pokoju, więc mam kiedy grać! Jasne, pewnie za niedługo ten samotny czas będę wykorzystywać na naukę, ale na razie... gitara. ♥ 

W akademikach, co oczywiste, nie wolno trzymać zwierząt. A ja przecież jestem ''mamą'' Ciapusia. Nie chciałam zostawić go w domu, bo zamknięty w moim pokoju byłby zapomniany przez moją mamę, a gdyby zostawiła otwarte drzwi, to zjadłyby go koty. Z tego powodu znalazłam mu "adopcję". Zajmuje się nim mój facet. Mieszka sobie w pokoju z balkonem (chociaż to nie jest pewne, czy przypadkiem nie wędruje razem z opiekunem, haha) i wiem, że ma dobrą opiekę i zainteresowanie. A przy okazji każda nasza rozmowa telefoniczna zaczyna się od powiedzenia mi, co u Ciapka. Jestem ciekawa, czy tak będzie przez cały kolejny rok, haha. 









Ostatnie kilka dni września miałam też ogromny przypływ kreatywności. Zapragnęłam zrobić sobie sama kalendarz. Co prawda, posłużyłam się gotowymi szablonami stron (DesignYourLife), ale okładki zaprojektowałam sama, drukowałam, układałam, bindowałam... i jestem z siebie niesamowicie dumna, haha. 
Pierwotnie kalendarz miał być jeden, potem dwa (podzielony po pół roku), ale ze względu na możliwości pożyczonej bindownicy i grzbiety, jakie udało mi się załatwić.. zrobiłam cztery. W każdym jest miejsce na trzy miesiące. Może nawet lepiej, jeden taki organizer nie jest ciężki, nie zajmuje dużo miejsca, zawsze mogę go wrzucić do torebki. 





Tak naprawdę o samych studiach nie mam jeszcze co dużo opowiadać. Dzisiaj miałam dopiero pierwszy wykład (i jedyny, resztę dnia mam wolnego). Podobał mi się, był ciekawy i gdyby wszystkie takie były... niestety nasłuchałam się już o przedmiocie, z którego większość osób rok temu miała warunek i mam nadzieję tylko, że mimo wszystko sobie z nim poradzę. Cieszę się jednak, że akurat ten pierwszy wykład zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Do akademika też się przyzwyczajam, pewnie z czasem będzie tylko lepiej. Jeszcze tylko muszę ogarnąć Poznań, albo chociaż najpotrzebniejsze mi okolice, bo... chciałabym jednak biegać. W ostatnim czasie dobrze mi szło, jeśli chodzi o motywację, a przecież zapisałam się na Bieg Niepodległości w Obornikach! Lepszego czasu na pewno mieć nie będę, ale chciałabym go przebiec chociaż tak jak ten zeszłoroczny. Daje sobie jeszcze kilka dni na poznanie Poznania i koniec lenistwa.