26 lutego 2018

I po sesji!

Dzień dobry!

Czy ja wrócę kiedyś do regularności? Codziennie myślę sobie "a może by coś napisać", a ostatecznie nic nie robię. Cóż, do grania na gitarze dojrzewałam wiele lat, może na bloga też przyjdzie pora, haha.

W zasadzie mój plan na dzisiejszy post, to streszczenie ostatnich kilku tygodni od ostatniego. Tyle nasłuchałam się, jaka to sesja jest straszna, ciężka, okropna, nie śpi się po nocach, żyje w ciągłym stresie... szczerze? Dla mnie sesja była bardzo przyjemna, haha. Oczywiście, stres był przed samymi egzaminami, zwłaszcza, że to moja pierwsza sesja w życiu, ale pomiędzy każdym egzaminem miałam jakiś choć jeden dzień wolnego, był czas na naukę, były dni wolne, gdy jeździłam do cioci pobawić się z kuzynką, czy do Obornik do mojego partnera, sporo czasu spędziłam ze znajomymi, świętowaliśmy też moje imieniny... Cięższa była dla mnie końcówka stycznia, kiedy miałam zaliczenia z konwersatoriów, bo wtedy rzeczywiście bywały nawet po dwa zaliczenia w ciągu dnia i brakowało czasu na naukę, przez co nerwów było więcej, ale wydaje mi się, że było to porównywalne z .."przedkońcosemestrowym" tygodniem w liceum.. ;) Finalnie, wszystko mam zdane, nie miałam żadnej poprawki, a z ocen jestem zadowolona. Tak naprawdę studia to dla mnie pierwszy raz, kiedy rzeczywiście uczę się tylko i wyłącznie dla siebie. Nie dla kogoś z rodziny, nie dla nauczycieli, nie po to, by nikogo nie zawieść. Tylko i wyłącznie dla siebie. I wiecie co? To naprawdę odejmuje negatywnych emocji. Gdy z filozofii dostałam 3 z egzaminu, to byłam szczęśliwa, że nie muszę za tydzień iść na poprawkę, a nie martwiłam się, że sprawię swoją oceną komuś przykrość. Początkowo wkurzałam się na mojego partnera, że jedynie interesuje go, czy zdałam, a nie, na jaką ocenę, ale w sumie teraz jestem mu wdzięczna, haha, zwłaszcza, gdy wszystkim opowiada, że świetnie mi idzie, chociaż ja określiłabym to jako dobrze, albo przeciętnie. Może po prostu patrze na siebie zbyt krytycznie?




Ze względu na dużą ilość dni wolnych w lutym, miałam częściej okazje do grania na gitarze. Moje współlokatorki teoretycznie się zarzekały, że gitara im kompletnie nie przeszkadza, ale jednak niekoniecznie chcę ćwiczyć przy nich. Przy graniu lubię sobie pośpiewać, często wciąż coś mi nie wychodzi, a słuchacze to dla mnie byłby stres, a nie przyjemność z grania. Lubię zaparzyć herbatę lub zrobić kakao i usiąść z gitarą, gdy jestem sama w pokoju. To dla mnie jednocześnie relaks i nauka, rozwijanie umiejętności, walczenie o własną motywację. Wiele lat marzyłam o tym, by nagrywać na YouTube właśnie covery piosenek. Jedną, wraz z koleżanką i pomocą miłego Pana od nas z Ośrodka Kultury, udało mi się nagrać i choć gdy słuchałam jej wielokrotnie to znalazłam milion miejsc, które bym najchętniej poprawiła, to jednak jestem przeszczęśliwa, że udało nam się. Wmawiam sobie, że to był mój taki pierwszy maleńki kroczek do spełniania marzeń. Kto wie...

Niestety, właściciel pięknej czarnej gitary ma w marcu kilka koncertów i musiałam tymczasowo mu ją oddać, ale pożyczyłam w zamian klasyczną. Tęskno mi do czarnej, ale.. muszę poczekać.










Ostatnie kilka dni zakochałam się w piosence Natalii Kukulskiej "Im więcej ciebie tym mniej" i to właśnie ją zaczęłam teraz ćwiczyć na próbach w Ośrodku Kultury. W zeszłą sobotę byłam jeszcze chora (wciąż jestem) więc nie wychodziła mi tak, jakbym to sobie wymarzyła, ale skoro była to moja pierwsza próba z tą piosenką, a Pan Marian włączył mi sam podkład, to znaczy, że chyba aż tak źle mi nie szło, haha.

Mój znajomy zaoferował się, że jeśli nauczę się utworu Edyty Geppert "Zamiast", to stworzy mi podkład na gitarze i.. chyba poza faktem, że utwór jest po prostu piękny, to bardziej mnie motywuje właśnie fakt tego, że on chce mi akompaniować. Cóż, naukę czas zacząć! ;)


Już w czwartek w zeszłym tygodniu UAM rozpoczął drugi semestr. Jestem nieco przerażona faktem, że przez 9 lat w szkole nie nauczyli mnie mówić po angielsku, a teraz w cztery semestry mam być w stanie zdać certyfikat językowy. Teoretycznie wystarczy regularność w odrabianiu prac domowych i uczeniu się na testy, ale w moim przypadku w grę wchodzi blokada, przez którą bardziej się uwsteczniam, niż potrafię zrobić postępy. Nie mam pojęcia, jak to przezwyciężę..


Ostatnie dwie rzeczy, o których chcę napisać, dotyczą tematyki kosmetycznej. ;)

Po pierwsze - włosy!
Po pięciu miesiącach powtórzyłam keratynowe prostowanie, dokładnie 17 lutego. Głównym powodem było to, że wyprostowane włosy są bardziej odporne na uszkodzenia, mniej się kruszą, przez co łatwiej je zapuścić, a włosy do talii są moim marzeniem i celem. Drugim powodem było po prostu to, że takie włosy są... wygodniejsze. Jak umyję włosy u partnera, to potem wręczam mu suszarkę i mi je suszy, przez co łączę przyjemne z pożytecznym, haha. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji przy kręconych włosach, a on w życiu nie pozwoliłby mi spać w mokrych "bo się przeziębisz!". Może gdy już będą naprawdę długie i na noc będę je wiązać w warkocz, to wtedy kręcone miałyby sens, bo wysuszone suszarką wyglądałyby okropnie, ale po całonocnym warkoczu już byłyby ok, więc mógłby być to swego rodzaju kompromis.





Po drugie - olejek do masażu!
Uwaga! Naprawdę idzie się w nim zakochać. Pachnie przepięknie pomarańczą i wanilią i chyba nie ma nic przyjemniejszego niż umilanie nim sobie wieczorów we dwoje. Jego zapach nie dość, że jest piękny, to dodatkowo długo utrzymuje się na skórze, ale nie jest nachalny oraz, co ważne, skóra jest po nim nawilżona i miękka. Mieliśmy też świecę do masażu z Wellness&Beauty i jedyne czym wygrywała, to opakowaniem, ponieważ miała lejek, a ta z Biolove go nie posiada, ale ta z Biolove także bardzo długo zastyga, więc spokojnie można ją zgasić i nabierać "jak krem", co przy tej Rossmannowskiej było niemożliwe, ponieważ chwilę po zgaszeniu była już całkowicie zastygnięta. Taka świeca do masażu to naprawdę niesamowita sprawa, wprowadza niezwykle romantyczny nastrój i pięknie pachnie. Świeca do masażu Biolove o zapachu pomarańczy i wanilii - zdecydowanie polecam! Jest cudowna.





To tyle na dzisiaj. Do zobaczenia w kolejnym poście!




22 grudnia 2017

Coraz bliżej święta - cover

Witajcie!
Za dwa dni Wigilia - kupiliście już wszystkie prezenty? Jak idą przygotowania?
U mnie święta w tym roku będą wyglądać nieco inaczej niż zwykle. Póki co, do soboty jestem jeszcze w Poznaniu w akademiku i dopiero wracam do domu.

W zeszłą sobotę z koleżanką nagrałyśmy cover piosenki "Coraz bliżej święta" i choć wiem, że momentami mogłoby być lepiej, to obie jesteśmy przeszczęśliwe. Od czegoś w końcu trzeba zacząć!

Zawsze marzyło mi się nagrać jakiś cover. Kinga niestety nie chciała się bawić w nagrywanie video do piosenki.. a szkoda, bo miałam nawet jakiś zalążek wizji. Może uda się przy jakiejś kolejnej piosence, bo mam nadzieje, że jeszcze to powtórzymy.

Zapraszam do słuchania!






3 października 2017

Początek studiów; akademik

Cześć!
Moje najdłuższe wakacje w życiu minęły. Od niedzieli mieszkam w Poznaniu, w akademiku i oficjalnie jestem studentką UAM. W sumie nie wiem, czy to już do mnie dociera. Z koleżanką z pokoju stwierdziłyśmy, że na razie czujemy się jak na wakacjach. Spędzę w tym budynku i w tym mieście kolejny rok, ale tym razem już nie szkolny, a akademicki.

Gdy 1,5 tygodnia przed przeprowadzką do Babilonu przyjechałam tutaj, by w ogóle obejrzeć ten akademik, byłam przerażona. Naprawdę. Wybitnie stare meble, wystrój jak w PRL, koedukacyjne łazienki. Jestem tu od niedzieli. Mieszkam w pokoju trzyosobowym z dziewczynami, które poznałam tak naprawdę dopiero tutaj (wcześniej tylko pisałyśmy na fb i umówiłyśmy się na wspólny pokój) i póki co, zaczyna mi się tu podobać. Z naszymi rzeczami, kolorowymi pościelami, biało-zieloną ceratą i firankami ten pokój wygląda kompletnie inaczej. W weekend jak pojadę do domu chcę jeszcze zabrać kwiaty, które dostałam od pracowników Ośrodka Kultury, w którym miałam staż całe wakacje - jednego na urodziny i jednego na zakończenie pracy. Wiecie, że mi naprawdę się w tym domu kultury podobało? Tak, mam sporo nadgodzin, za które nikt mi nie zapłaci. Tak, zdarzało mi się mocno zdenerwować gdy ktoś robił mi pod górkę, albo traktował jak dużo gorszą, ale zdecydowana większość pracowników była dla mnie życzliwa, traktowała mnie jak równą sobie, doceniała. Podobały mi się dyżury na kinie (na jednym przyniosłam do sekretariatu gitarę, umilając nam tym czas), pomaganie przy półkolonii, robienie zdjęć, koncerty, imprezy. Moja polonistka z liceum, gdy mnie spotkała na jednym z koncertów, stwierdziła, że ''jestem w swoim żywiole".. i miała w sumie sporo racji. Ten czas jednak już za mną, planuję wciąż chodzić na warsztaty wokalne do OOK, tak jak już od prawie dwóch lat i na razie nie zapowiada się, by cokolwiek miało mi z tym kolidować.






Najcudowniejsza na świecie gitara miała już wrócić do swojego właściciela, ale wybłagałam, by została u mnie. Przystawka jest naprawiona, więc na występy będę mu ją oddawać, ale ogólnie... mieszka sobie w mojej szafie w akademiku, a plan mam na tyle fajny, że są dni, kiedy jestem sama w pokoju, więc mam kiedy grać! Jasne, pewnie za niedługo ten samotny czas będę wykorzystywać na naukę, ale na razie... gitara. ♥ 

W akademikach, co oczywiste, nie wolno trzymać zwierząt. A ja przecież jestem ''mamą'' Ciapusia. Nie chciałam zostawić go w domu, bo zamknięty w moim pokoju byłby zapomniany przez moją mamę, a gdyby zostawiła otwarte drzwi, to zjadłyby go koty. Z tego powodu znalazłam mu "adopcję". Zajmuje się nim mój facet. Mieszka sobie w pokoju z balkonem (chociaż to nie jest pewne, czy przypadkiem nie wędruje razem z opiekunem, haha) i wiem, że ma dobrą opiekę i zainteresowanie. A przy okazji każda nasza rozmowa telefoniczna zaczyna się od powiedzenia mi, co u Ciapka. Jestem ciekawa, czy tak będzie przez cały kolejny rok, haha. 









Ostatnie kilka dni września miałam też ogromny przypływ kreatywności. Zapragnęłam zrobić sobie sama kalendarz. Co prawda, posłużyłam się gotowymi szablonami stron (DesignYourLife), ale okładki zaprojektowałam sama, drukowałam, układałam, bindowałam... i jestem z siebie niesamowicie dumna, haha. 
Pierwotnie kalendarz miał być jeden, potem dwa (podzielony po pół roku), ale ze względu na możliwości pożyczonej bindownicy i grzbiety, jakie udało mi się załatwić.. zrobiłam cztery. W każdym jest miejsce na trzy miesiące. Może nawet lepiej, jeden taki organizer nie jest ciężki, nie zajmuje dużo miejsca, zawsze mogę go wrzucić do torebki. 





Tak naprawdę o samych studiach nie mam jeszcze co dużo opowiadać. Dzisiaj miałam dopiero pierwszy wykład (i jedyny, resztę dnia mam wolnego). Podobał mi się, był ciekawy i gdyby wszystkie takie były... niestety nasłuchałam się już o przedmiocie, z którego większość osób rok temu miała warunek i mam nadzieję tylko, że mimo wszystko sobie z nim poradzę. Cieszę się jednak, że akurat ten pierwszy wykład zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Do akademika też się przyzwyczajam, pewnie z czasem będzie tylko lepiej. Jeszcze tylko muszę ogarnąć Poznań, albo chociaż najpotrzebniejsze mi okolice, bo... chciałabym jednak biegać. W ostatnim czasie dobrze mi szło, jeśli chodzi o motywację, a przecież zapisałam się na Bieg Niepodległości w Obornikach! Lepszego czasu na pewno mieć nie będę, ale chciałabym go przebiec chociaż tak jak ten zeszłoroczny. Daje sobie jeszcze kilka dni na poznanie Poznania i koniec lenistwa. 


27 sierpnia 2017

Po maturze

Cześć!
Mój blog na długi czas znów umarł. Wciąż aktywnie jednak prowadzę instagrama, także - zapraszam!
Ostatni post pojawił się w maju, między maturami. Od tego czasu wiele się wydarzyło.

Przede wszystkim - zdałam maturę! O ile z wyników z podstaw jestem bardzo zadowolona, tak z przedmiotów rozszerzonych mniej, ale ostatecznie zdałam. Dostałam się także na studia - od października będę studentką Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Przyznano mi miejsce w akademiku, niestety w pokoju trzyosobowym, ale może będę mieć tyle szczęścia, by trafić na naprawdę sympatyczne współlokatorki - wszystko okaże się jesienią.

Długo zastanawiałam się, czy na wakacje podjąć się jakiejś pracy, czy nie. Ostatecznie, gdy już postanowiłam mieć najdłuższe wakacje w życiu, zadzwonił do mnie dyrektor z Obornickiego Ośrodka Kultury z propozycją stażu. Bez zastanowienia zgodziłam się. Bardzo lubiłam spędzać tam czas, bywałam i na imprezach, które mnie interesowały, i na takich, których sensem dla mnie było przegadanie ich w kuchni z pracownikami. Staż mam do końca września, więc praktycznie nie mam wakacji, ale ... nie żałuję. Chociaż mam różne ścięcia z pracownikami, nie zawsze robię to, co bym chciała, to mimo wszystko praca tam jest dla mnie przyjemnością. Szkoda tylko, że staże są tak licho płatne, ale gdyby nie to, spędziłabym cztery miesiące w domu, więc cieszę się, że spędzam większość swojego czasu właśnie tam.
W tym tygodniu będę mieć urlop. Nie zmienia to jednak faktu, że w Ośrodku i tak będę się pojawiać. W poniedziałek (w ramach nadgodzin) zaoferowałam się do pomocy w plakatowaniu, we wtorek spotykamy się na próbie, a w czwartek nagrywamy piosenki na Dożynki.















Jeżeli chodzi o wyjazdy, to w czerwcu byłam trzy dni w Rewalu, właśnie z Ośrodkiem Kultury. Celem naszego wyjazdu było uświetnienie śpiewem spotkania Sybiraków, śpiewaliśmy zarówno patriotyczne utwory pod pomnikiem, jak i rozrywkowe w ramach koncertu dla nich. W Rewalu na takim wyjeździe byłam już dwa razy i jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, za rok również pojadę, ale będzie to już ostatnie, XX spotkanie Sybiraków w tym miejscu.



















W lipcu do Polski przyjechała Gabrysia, chciałyśmy to jak najlepiej wykorzystać. Pojechałyśmy na jedną noc pod namioty do Sierakowa. Tutaj tak naprawdę najbardziej wdzięczna powinnam być mojemu przyjacielowi, który załatwił nam namiot, materac, a nawet kołdrę i koc oraz przez pół drogi nawigował mnie przez telefon. Bez jego pomocy ten wyjazd na pewno by nam się nie udał. Co do samego wyjazdu, miałyśmy niesamowite szczęście do pogody - na zmianę było gorąco i lało. Idąc na spacer zostawiłyśmy otwarty namiot i akurat zaczęło lać... później, po powrocie, wyszło słońce, zdjęłyśmy plandekę z góry, by na niej usiąść i pograć na gitarze, znów zaczęło lać. My się schowałyśmy z gitarą do namiotu, o plandece nie pomyślałyśmy, więc znów wszystko nam zamokło. Cóż, będziemy ten wyjazd pewnie długo wspominać. Było jednak świetnie! O ile pierwszego dnia obiecywałyśmy sobie nigdy więcej namiotów, tak po przebudzeniu stwierdziłyśmy, że to świetna sprawa i na pewno to powtórzymy!













Jeśli chodzi o moją aktywność fizyczną, to cały czas staram się jej pilnować. Przede wszystkim sprawia mi to po prostu przyjemność. Dostałam bon na siłownię, wykorzystałam go na miesięczny karnet i cały sierpień regularnie chodzę. Na początku mi się podobało, bo wiecie, to zawsze trochę coś innego, ale teraz tak myślę, że bieganie daje mi więcej satysfakcji. Z maszynami jest taki problem, że niesamowicie bolą mnie na nich kolana, a jednak wolałabym nie ryzykować żadną kontuzją. Odkryłam, że świetnie ćwiczy się pośladki przy użyciu taśmy gimnastycznej i chyba po prostu się w taką zaopatrzę. Na początku maja wzięłam udział w Biegu Papieskim na 10 km, dałam radę, było super, a teraz mimo, iż od października wyprowadzam się do Poznania na studia, to zamierzam zapisać się na Bieg Niepodległościowy w moim mieście. Chyba jednak wolę pobiec tu, niż w Poznaniu. W ogóle mieszkając w Lipie, brakuje mi biegania po Obornikach. Muszę coś wymyślić, by jednak mieć szansę wrócić na moje ulubione trasy.








To już chyba na tyle, jeśli chodzi o skrótowy opis mojego życia po maturze. Najdłuższe wakacje życia spędzam w pracy, ale w miejscu, gdzie uwielbiam być.
A jeszcze jeden dodatek - wciąż uczę się grać na gitarze, daje mi to niesamowitą przyjemność, do tego przyjaciel pożyczył mi swoją gitarę akustyczną, która po prostu zawładnęła moim sercem i chyba będę je mieć złamane gdy przyjdzie czas, że będę ją musiała oddać. Jest po prostu cudowna!!

Przy okazji, mimo, że przed maturą ścięłam koło 10 cm włosów, to po maturze... ścięłam kolejne 10 cm. I nie żałuję! W tej fryzurze czuję się naprawdę dobrze. Czasami brakuje mi włosów do talii, ale miałam je wtedy zniszczone, a teraz może uda mi się zapuścić zdrowe. Tak czy siak, ta długość mi się podoba.. i ma jeden plus - nawet rozczochrana wyglądam dobrze, haha. 

Do zobaczenia w następnym poście!









11 maja 2017

Wycieczka do Kórnika #3

Cześć Wszystkim! :)

Kiedy niedawno przeczytałam posta na blogu http://www.blondhaircare.com/ , gdzie autorka pokazywała zdjęcia z Kórnika - od razu wiedziałam, że wykorzystam fakt posiadania prawa jazdy i tam pojadę. Nie wiedziałam tylko kiedy i z kim, ale tak wyszło, że dziś w końcu wyszło słońce, a Oskar chciał jechać ze mną, więc wycieczka zaliczona!

Pierwszy raz prowadziłam samochód na autostradzie, w dodatku jechałam w miejsce, w którym nigdy nie byłam. Miałam co prawda nawigację, ale była ona włączona bardziej, by kierować "w razie czego", a mimo wszystko kierowałam się znakami i radami przyjaciela, który wczoraj ambitnie tłumaczył mi, jak dojechać. Stwierdził, że jestem odważna, haha. To się nazywa wiara w młodego kierowcę!

Jako pierwszy zwiedziliśmy zamek. Trzeba było ubrać przezabawne "kapcie" na swoje obuwie. Zamek w środku jest piękny! Dlaczego nie urodziłam się jakieś 200 lat temu, jako księżniczka?
Po wyjściu z niego udaliśmy się do arboretum. To jest po prostu coś niesamowitego i nawet nie będę starała się opisywać - po prostu pokażę Wam zdjęcia. Mój telefon jest bogatszy o dokładnie 210 fotografii z tego wyjazdu.
Poza arboretum, pochodziliśmy też trochę po mieście - zwiedziliśmy rynek oraz szliśmy kawałek brzegiem jeziora.

Cały wyjazd uważam za bardzo udany i jestem z siebie dumna jako kierowca, haha. :D