3 maja 2018

Weekend majowy

Cześć! :)
Bycie studentką (tak jak i uczniem, nauczycielem...) ma jeden bardzo duży plus - długie weekendy są zawsze dłuższe, niż u reszty ludzi. Dla mnie weekend majowy rozpoczął się już w piątkowe popołudnie 27 kwietnia, a skończy dopiero w niedzielę. Obawiałam się, że jak wszyscy znajomi pojadą do rodzin, to będę w Poznaniu czuć się samotna, ale, ku mojemu zdziwieniu, te wolne dni mijają mi bardzo przyjemnie. 

W weekend, tradycyjnie, byłam w Obornikach. Miałam w sobotę od rana próbę (warsztaty wokalne), a wieczorem zostałam na koncercie "Jesteśmy stąd". W niedzielę za to, tak jak i dzisiaj, odwiedziłam moją ciocię i młodszą, dużo młodszą kuzynkę. Mała jak słyszy moje imię, to kojarzy jej się z racuchami z jabłkami, bo już któryś raz, jak do nich jechałam, to je robiłam, więc dziś oczywiście także. Zuzka jest tak niesamowicie żywiołowa! Raz płacze, bo coś jest nie po jej myśli, potem szaleje z radości, za chwilę chce na ręce, a jeszcze chwilę później ciągnie cię, bo chce, byś coś zobaczyła albo z nią biegła. Ciężko nadążyć, haha. 




W jeden dzień odwiedziła mnie koło południa koleżanka i robiłyśmy razem paznokcie. O ile w pierwszym semestrze miałyśmy razem zajęcia, tak teraz nic nam się nie pokrywa, więc gdy udaje nam się co drugi tydzień spotkać właśnie na robienie hybryd, to mamy czas pogadać i po prostu się spotkać. 

Muszę przyznać, że do tej pory gustowałam raczej w ciemnych kolorach, a już w ogóle moją miłością co do koloru paznokci jest po prostu czerwień. W różnych odcieniach, ale czerwień. Dla mnie to klasyka nie do przebicia, jednak w ostatnim czasie przekonałam się do jasnych kolorów. O ile biel wiedziałam, że przypadnie mi do gustu, tak ku mojemu zaskoczeniu, kolor "Biscuit" z Semilaca bardzo pasuje do moich dłoni i wprost nie mogę się napatrzeć! I pomyśleć, że leżał nieużywany prawie rok w pudełku. Cóż, może to to słońce i letnia wręcz aura tak na mnie wpływają. 

Czasami ktoś może się zastanawiać - skoro gram na gitarze, dlaczego na zdjęciach mam zwykle długie paznokcie? Otóż odpowiedź jest prosta. Na lewej ręce mam krótkie, na prawej dłuższe. Kiedy są pomalowane, nie rzuca się to w oczy, dopóki ktoś naprawdę nie zwróci na to uwagi. Agata za to przez długi czas nie mogła na nie patrzeć, bo przyzwyczajona do pięknych, idealnie równych paznokci, w dodatku po kursach zdobienia, raziło ją to w oczy, ale przyzwyczaiła się. Niestety, możliwość grania na gitarze jest dla mnie ważniejsza niż idealne paznokcie. 





Jednym z takich bardziej zaskakujących rzeczy tej majówki jest to, że wygrzebałam się na bieganie. W końcu. Po ponad półtora miesięcznej (znów) przerwie. Nie wiem, jak to jest, że w liceum biegałam regularnie, a w Poznaniu nie jestem w stanie. Czasem najdzie mnie taka ochota, by po prostu ubrać się i wyjść zrobić kilka kilometrów, ale nie ma już tej regularności. Szczerze mówiąc jednak, mocno mi to nie przeszkadza. Po prostu się już przyzwyczaiłam. Gdy przyszłam mieszkać do Poznania to chciałam podtrzymywać tę aktywność, ale non stop byłam chora. Migdałki, prawdę mówiąc, wciąż mi dokuczają, ale niedługo mam wizytę u laryngologa, to może coś się wyjaśni. Tak czy inaczej, zakwasy deformują moje chodzenie do teraz, ale mam satysfakcję, że nabiłam te trochę ponad 9 km i niczego więcej mi nie potrzeba. 






Jutro szykuje się dla mnie bardzo miły i wyjątkowy dzień. Tak jak w środę, odwiedzi mnie jutro mój partner i zamierzamy spędzić sympatycznie kilka wspólnych godzin. 
W sobotę znów próba, w niedzielę może zmotywuję się do czegoś związanego z uczelnią i.. powrót do rzeczywistości.


A jak Tobie minęła majówka? :)

30 kwietnia 2018

Drugi semestr

Witam!

Ostatni dzień kwietnia, zanim się obejrzę, przyjdzie czas sesji. Czuję już powoli presję zaliczeń, ponieważ w zasadzie powinnam mieć już napisaną pracę zaliczeniową i choć szkielet "Księgi zabaw" na warsztat pedagogiki zabawy oraz przeczytane teksty z historii wychowania, a ja wolę zajmować się oglądaniem filmików o historii muzyki Agaty Chojnackiej, zamiast tym, co związane ze studiami. 

O ile pierwszy semestr minął mi gładko, tak drugi.. mam wiele wątpliwości. I to nawet nie przez same przedmioty, bo oczywiście przy odrobinie pracy wszystko jest do nauczenia i zdania, ale już na dwa tygodnie przed praktykami zaczęłam przebąkiwać, że chyba chciałabym zmienić studia. 

Marudziłam, marudziłam, przyszedł czas praktyk.. i po pierwszym tygodniu byłam załamana. Na każdym kroku przez opiekunkę praktyk miałam pokazywane, jak bardzo nie wpadłam jej w oko. Dzieciaki oczywiście były kochane i kiedy do nich podchodziłam, to nie miałam problemu z nawiązaniem kontaktu, ale stosunek tej pani do mnie uświadomił mi, że w pracy w szkole często spotkam się z nieżyczliwością, jakąś zazdrością, robieniem sobie pod górkę.. pamiętam różne, z perspektywy czasu zabawne, akcje w szkole - za czasów pracowania mojej babci. Nie wiem, czy mam ochotę na intrygi tego typu. Nauczyciele niestety w niektórych środowiskach są dla siebie nawzajem bardzo niemili.
Kolejny tydzień spędziłam w szkole podstawowej. Tu już było zdecydowanie przyjemniej. Dzieciaki garnęły się do mnie, miałam nawet swojego "wielbiciela", który przytulał mnie co przerwę i oprowadzał po szkole, gdy trzeba było mi wskazać inną klasę niż tą, w której zwykle mają zajęcia. Ten czas odbudował nieco mój pogląd na zawód nauczyciela wychowania przedszkolnego i nauczania początkowego, jednak wciąż moje serce chciałoby iść w kierunku muzyki.

Jakiś czas temu, gdy rozmawiałam z kolegą, tegorocznym maturzystą, z którym chodzę na warsztaty wokalne, właśnie o studiach, to wspomniał o muzykologii. Szczerze mówiąc, rok temu nawet nie przyjrzałam się temu kierunkowi z góry spisując go na straty, bo nie wierzyłam, że na uniwersytecie może być coś związanego z muzyką, myślałam, że to może jakaś myląca nazwa i odpuściłam sobie zagłębianie się. I to był ogromny błąd! Jestem pewna, że gdybym wtedy się tym zainteresowała... dziś nie byłabym na pedagogice. Zaczęłam czytać co to jest, czego się będziemy uczyć, co można po tym robić.. i zaczęłam pragnąć zmienić studia. Ewentualnie myślę nad tym, by spróbować ciągnąć dwa kierunki, ale to niestety może być ciężkie organizacyjnie choćby ze względu na lokalizację tych wydziałów - odległych od siebie. 

Kiedy w wakacje pracowałam w ośrodku kultury, to czułam, że to jest moje miejsce. Oczywiście, byli pracownicy, którzy mnie irytowali. Oczywiście, denerwowałam się przez niektóre wyznaczone mi zadania, ale byłam SZCZĘŚLIWA chodząc do tej pracy, czułam się dobrze, wstawanie rano było przyjemnością, bo wiedziałam, że w tym miejscu jest mi dobrze. Nie żałowałam ani przez jeden dzień, że nie miałam w ogóle wakacji, choć teoretycznie między maturą a rozpoczęciem studiów człowiek ma najdłuższe wakacje życia. Inną sprawą jest to, że Obornicki Ośrodek Kultury to miejsce, w którym czuję się "jak w domu", a po stażu wzmocniło się to tym bardziej, ale wydaje mi się, że taka praca byłaby dla mnie zdecydowanie bardziej fascynująca i interesująca niż szkolne biurko czy przedszkolny dywan. 

Chcę móc uczestniczyć w kulturze. Może nawet ją tworzyć. 

Marzę o tym, by mieć bodziec do działania i nagrywać covery piosenek na YouTube i wiem, że kiedyś to spełnię, a jeśli jednak tego nie zrobię, to będę niesamowicie żałować. 

W moim życiu muzyka zawsze odgrywała ogromną rolę. Pierwszy raz na scenie stałam mając 5 lat. Za niespełna dwa miesiące będę mieć lat 20. I tak jak jako mała dziewczynka marzyłam, by swoje życie powiązać z muzyką, to dziś wciąż o tym marzę. Obojętnie czy będę pisać o tej muzyce, dogadywać szczegóły koncertów w jakimś ośrodku kultury, tworzyć plakaty czy uczestniczyć w niej bezpośrednio poprzez śpiew - moje serce należy do artystycznego świata i czuję, że to jest moje miejsce i powinnam do tego dążyć.

Jaką podejmę decyzję? Nie wiem. Dokumenty na muzykologię na pewno złożę. Pierwszy rok na pedagogice na pewno dokończę. Co zrobię dalej? Na ten moment nie wiem. Może wezmę dwa kierunki. Może zmienię studia. Może ze strachu przed ewentualną porażką zrezygnuję z obu pomysłów i dokończę pedagogikę. Muszę to jeszcze przemyśleć i przedyskutować. Na ten moment muzykologia mnie kusi, mocno kusi. Na szkołę muzyczną nigdy nie miałam szans - najpierw rodzina mi to uniemożliwiła, a potem mój wiek. Może muzykologia byłaby w takim wypadku trafnym wyborem?





26 lutego 2018

I po sesji!

Dzień dobry!

Czy ja wrócę kiedyś do regularności? Codziennie myślę sobie "a może by coś napisać", a ostatecznie nic nie robię. Cóż, do grania na gitarze dojrzewałam wiele lat, może na bloga też przyjdzie pora, haha.

W zasadzie mój plan na dzisiejszy post, to streszczenie ostatnich kilku tygodni od ostatniego. Tyle nasłuchałam się, jaka to sesja jest straszna, ciężka, okropna, nie śpi się po nocach, żyje w ciągłym stresie... szczerze? Dla mnie sesja była bardzo przyjemna, haha. Oczywiście, stres był przed samymi egzaminami, zwłaszcza, że to moja pierwsza sesja w życiu, ale pomiędzy każdym egzaminem miałam jakiś choć jeden dzień wolnego, był czas na naukę, były dni wolne, gdy jeździłam do cioci pobawić się z kuzynką, czy do Obornik do mojego partnera, sporo czasu spędziłam ze znajomymi, świętowaliśmy też moje imieniny... Cięższa była dla mnie końcówka stycznia, kiedy miałam zaliczenia z konwersatoriów, bo wtedy rzeczywiście bywały nawet po dwa zaliczenia w ciągu dnia i brakowało czasu na naukę, przez co nerwów było więcej, ale wydaje mi się, że było to porównywalne z .."przedkońcosemestrowym" tygodniem w liceum.. ;) Finalnie, wszystko mam zdane, nie miałam żadnej poprawki, a z ocen jestem zadowolona. Tak naprawdę studia to dla mnie pierwszy raz, kiedy rzeczywiście uczę się tylko i wyłącznie dla siebie. Nie dla kogoś z rodziny, nie dla nauczycieli, nie po to, by nikogo nie zawieść. Tylko i wyłącznie dla siebie. I wiecie co? To naprawdę odejmuje negatywnych emocji. Gdy z filozofii dostałam 3 z egzaminu, to byłam szczęśliwa, że nie muszę za tydzień iść na poprawkę, a nie martwiłam się, że sprawię swoją oceną komuś przykrość. Początkowo wkurzałam się na mojego partnera, że jedynie interesuje go, czy zdałam, a nie, na jaką ocenę, ale w sumie teraz jestem mu wdzięczna, haha, zwłaszcza, gdy wszystkim opowiada, że świetnie mi idzie, chociaż ja określiłabym to jako dobrze, albo przeciętnie. Może po prostu patrze na siebie zbyt krytycznie?




Ze względu na dużą ilość dni wolnych w lutym, miałam częściej okazje do grania na gitarze. Moje współlokatorki teoretycznie się zarzekały, że gitara im kompletnie nie przeszkadza, ale jednak niekoniecznie chcę ćwiczyć przy nich. Przy graniu lubię sobie pośpiewać, często wciąż coś mi nie wychodzi, a słuchacze to dla mnie byłby stres, a nie przyjemność z grania. Lubię zaparzyć herbatę lub zrobić kakao i usiąść z gitarą, gdy jestem sama w pokoju. To dla mnie jednocześnie relaks i nauka, rozwijanie umiejętności, walczenie o własną motywację. Wiele lat marzyłam o tym, by nagrywać na YouTube właśnie covery piosenek. Jedną, wraz z koleżanką i pomocą miłego Pana od nas z Ośrodka Kultury, udało mi się nagrać i choć gdy słuchałam jej wielokrotnie to znalazłam milion miejsc, które bym najchętniej poprawiła, to jednak jestem przeszczęśliwa, że udało nam się. Wmawiam sobie, że to był mój taki pierwszy maleńki kroczek do spełniania marzeń. Kto wie...

Niestety, właściciel pięknej czarnej gitary ma w marcu kilka koncertów i musiałam tymczasowo mu ją oddać, ale pożyczyłam w zamian klasyczną. Tęskno mi do czarnej, ale.. muszę poczekać.










Ostatnie kilka dni zakochałam się w piosence Natalii Kukulskiej "Im więcej ciebie tym mniej" i to właśnie ją zaczęłam teraz ćwiczyć na próbach w Ośrodku Kultury. W zeszłą sobotę byłam jeszcze chora (wciąż jestem) więc nie wychodziła mi tak, jakbym to sobie wymarzyła, ale skoro była to moja pierwsza próba z tą piosenką, a Pan Marian włączył mi sam podkład, to znaczy, że chyba aż tak źle mi nie szło, haha.

Mój znajomy zaoferował się, że jeśli nauczę się utworu Edyty Geppert "Zamiast", to stworzy mi podkład na gitarze i.. chyba poza faktem, że utwór jest po prostu piękny, to bardziej mnie motywuje właśnie fakt tego, że on chce mi akompaniować. Cóż, naukę czas zacząć! ;)


Już w czwartek w zeszłym tygodniu UAM rozpoczął drugi semestr. Jestem nieco przerażona faktem, że przez 9 lat w szkole nie nauczyli mnie mówić po angielsku, a teraz w cztery semestry mam być w stanie zdać certyfikat językowy. Teoretycznie wystarczy regularność w odrabianiu prac domowych i uczeniu się na testy, ale w moim przypadku w grę wchodzi blokada, przez którą bardziej się uwsteczniam, niż potrafię zrobić postępy. Nie mam pojęcia, jak to przezwyciężę..


Ostatnie dwie rzeczy, o których chcę napisać, dotyczą tematyki kosmetycznej. ;)

Po pierwsze - włosy!
Po pięciu miesiącach powtórzyłam keratynowe prostowanie, dokładnie 17 lutego. Głównym powodem było to, że wyprostowane włosy są bardziej odporne na uszkodzenia, mniej się kruszą, przez co łatwiej je zapuścić, a włosy do talii są moim marzeniem i celem. Drugim powodem było po prostu to, że takie włosy są... wygodniejsze. Jak umyję włosy u partnera, to potem wręczam mu suszarkę i mi je suszy, przez co łączę przyjemne z pożytecznym, haha. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji przy kręconych włosach, a on w życiu nie pozwoliłby mi spać w mokrych "bo się przeziębisz!". Może gdy już będą naprawdę długie i na noc będę je wiązać w warkocz, to wtedy kręcone miałyby sens, bo wysuszone suszarką wyglądałyby okropnie, ale po całonocnym warkoczu już byłyby ok, więc mógłby być to swego rodzaju kompromis.





Po drugie - olejek do masażu!
Uwaga! Naprawdę idzie się w nim zakochać. Pachnie przepięknie pomarańczą i wanilią i chyba nie ma nic przyjemniejszego niż umilanie nim sobie wieczorów we dwoje. Jego zapach nie dość, że jest piękny, to dodatkowo długo utrzymuje się na skórze, ale nie jest nachalny oraz, co ważne, skóra jest po nim nawilżona i miękka. Mieliśmy też świecę do masażu z Wellness&Beauty i jedyne czym wygrywała, to opakowaniem, ponieważ miała lejek, a ta z Biolove go nie posiada, ale ta z Biolove także bardzo długo zastyga, więc spokojnie można ją zgasić i nabierać "jak krem", co przy tej Rossmannowskiej było niemożliwe, ponieważ chwilę po zgaszeniu była już całkowicie zastygnięta. Taka świeca do masażu to naprawdę niesamowita sprawa, wprowadza niezwykle romantyczny nastrój i pięknie pachnie. Świeca do masażu Biolove o zapachu pomarańczy i wanilii - zdecydowanie polecam! Jest cudowna.





To tyle na dzisiaj. Do zobaczenia w kolejnym poście!




22 grudnia 2017

Coraz bliżej święta - cover

Witajcie!
Za dwa dni Wigilia - kupiliście już wszystkie prezenty? Jak idą przygotowania?
U mnie święta w tym roku będą wyglądać nieco inaczej niż zwykle. Póki co, do soboty jestem jeszcze w Poznaniu w akademiku i dopiero wracam do domu.

W zeszłą sobotę z koleżanką nagrałyśmy cover piosenki "Coraz bliżej święta" i choć wiem, że momentami mogłoby być lepiej, to obie jesteśmy przeszczęśliwe. Od czegoś w końcu trzeba zacząć!

Zawsze marzyło mi się nagrać jakiś cover. Kinga niestety nie chciała się bawić w nagrywanie video do piosenki.. a szkoda, bo miałam nawet jakiś zalążek wizji. Może uda się przy jakiejś kolejnej piosence, bo mam nadzieje, że jeszcze to powtórzymy.

Zapraszam do słuchania!






3 października 2017

Początek studiów; akademik

Cześć!
Moje najdłuższe wakacje w życiu minęły. Od niedzieli mieszkam w Poznaniu, w akademiku i oficjalnie jestem studentką UAM. W sumie nie wiem, czy to już do mnie dociera. Z koleżanką z pokoju stwierdziłyśmy, że na razie czujemy się jak na wakacjach. Spędzę w tym budynku i w tym mieście kolejny rok, ale tym razem już nie szkolny, a akademicki.

Gdy 1,5 tygodnia przed przeprowadzką do Babilonu przyjechałam tutaj, by w ogóle obejrzeć ten akademik, byłam przerażona. Naprawdę. Wybitnie stare meble, wystrój jak w PRL, koedukacyjne łazienki. Jestem tu od niedzieli. Mieszkam w pokoju trzyosobowym z dziewczynami, które poznałam tak naprawdę dopiero tutaj (wcześniej tylko pisałyśmy na fb i umówiłyśmy się na wspólny pokój) i póki co, zaczyna mi się tu podobać. Z naszymi rzeczami, kolorowymi pościelami, biało-zieloną ceratą i firankami ten pokój wygląda kompletnie inaczej. W weekend jak pojadę do domu chcę jeszcze zabrać kwiaty, które dostałam od pracowników Ośrodka Kultury, w którym miałam staż całe wakacje - jednego na urodziny i jednego na zakończenie pracy. Wiecie, że mi naprawdę się w tym domu kultury podobało? Tak, mam sporo nadgodzin, za które nikt mi nie zapłaci. Tak, zdarzało mi się mocno zdenerwować gdy ktoś robił mi pod górkę, albo traktował jak dużo gorszą, ale zdecydowana większość pracowników była dla mnie życzliwa, traktowała mnie jak równą sobie, doceniała. Podobały mi się dyżury na kinie (na jednym przyniosłam do sekretariatu gitarę, umilając nam tym czas), pomaganie przy półkolonii, robienie zdjęć, koncerty, imprezy. Moja polonistka z liceum, gdy mnie spotkała na jednym z koncertów, stwierdziła, że ''jestem w swoim żywiole".. i miała w sumie sporo racji. Ten czas jednak już za mną, planuję wciąż chodzić na warsztaty wokalne do OOK, tak jak już od prawie dwóch lat i na razie nie zapowiada się, by cokolwiek miało mi z tym kolidować.






Najcudowniejsza na świecie gitara miała już wrócić do swojego właściciela, ale wybłagałam, by została u mnie. Przystawka jest naprawiona, więc na występy będę mu ją oddawać, ale ogólnie... mieszka sobie w mojej szafie w akademiku, a plan mam na tyle fajny, że są dni, kiedy jestem sama w pokoju, więc mam kiedy grać! Jasne, pewnie za niedługo ten samotny czas będę wykorzystywać na naukę, ale na razie... gitara. ♥ 

W akademikach, co oczywiste, nie wolno trzymać zwierząt. A ja przecież jestem ''mamą'' Ciapusia. Nie chciałam zostawić go w domu, bo zamknięty w moim pokoju byłby zapomniany przez moją mamę, a gdyby zostawiła otwarte drzwi, to zjadłyby go koty. Z tego powodu znalazłam mu "adopcję". Zajmuje się nim mój facet. Mieszka sobie w pokoju z balkonem (chociaż to nie jest pewne, czy przypadkiem nie wędruje razem z opiekunem, haha) i wiem, że ma dobrą opiekę i zainteresowanie. A przy okazji każda nasza rozmowa telefoniczna zaczyna się od powiedzenia mi, co u Ciapka. Jestem ciekawa, czy tak będzie przez cały kolejny rok, haha. 









Ostatnie kilka dni września miałam też ogromny przypływ kreatywności. Zapragnęłam zrobić sobie sama kalendarz. Co prawda, posłużyłam się gotowymi szablonami stron (DesignYourLife), ale okładki zaprojektowałam sama, drukowałam, układałam, bindowałam... i jestem z siebie niesamowicie dumna, haha. 
Pierwotnie kalendarz miał być jeden, potem dwa (podzielony po pół roku), ale ze względu na możliwości pożyczonej bindownicy i grzbiety, jakie udało mi się załatwić.. zrobiłam cztery. W każdym jest miejsce na trzy miesiące. Może nawet lepiej, jeden taki organizer nie jest ciężki, nie zajmuje dużo miejsca, zawsze mogę go wrzucić do torebki. 





Tak naprawdę o samych studiach nie mam jeszcze co dużo opowiadać. Dzisiaj miałam dopiero pierwszy wykład (i jedyny, resztę dnia mam wolnego). Podobał mi się, był ciekawy i gdyby wszystkie takie były... niestety nasłuchałam się już o przedmiocie, z którego większość osób rok temu miała warunek i mam nadzieję tylko, że mimo wszystko sobie z nim poradzę. Cieszę się jednak, że akurat ten pierwszy wykład zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Do akademika też się przyzwyczajam, pewnie z czasem będzie tylko lepiej. Jeszcze tylko muszę ogarnąć Poznań, albo chociaż najpotrzebniejsze mi okolice, bo... chciałabym jednak biegać. W ostatnim czasie dobrze mi szło, jeśli chodzi o motywację, a przecież zapisałam się na Bieg Niepodległości w Obornikach! Lepszego czasu na pewno mieć nie będę, ale chciałabym go przebiec chociaż tak jak ten zeszłoroczny. Daje sobie jeszcze kilka dni na poznanie Poznania i koniec lenistwa. 


27 sierpnia 2017

Po maturze

Cześć!
Mój blog na długi czas znów umarł. Wciąż aktywnie jednak prowadzę instagrama, także - zapraszam!
Ostatni post pojawił się w maju, między maturami. Od tego czasu wiele się wydarzyło.

Przede wszystkim - zdałam maturę! O ile z wyników z podstaw jestem bardzo zadowolona, tak z przedmiotów rozszerzonych mniej, ale ostatecznie zdałam. Dostałam się także na studia - od października będę studentką Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Przyznano mi miejsce w akademiku, niestety w pokoju trzyosobowym, ale może będę mieć tyle szczęścia, by trafić na naprawdę sympatyczne współlokatorki - wszystko okaże się jesienią.

Długo zastanawiałam się, czy na wakacje podjąć się jakiejś pracy, czy nie. Ostatecznie, gdy już postanowiłam mieć najdłuższe wakacje w życiu, zadzwonił do mnie dyrektor z Obornickiego Ośrodka Kultury z propozycją stażu. Bez zastanowienia zgodziłam się. Bardzo lubiłam spędzać tam czas, bywałam i na imprezach, które mnie interesowały, i na takich, których sensem dla mnie było przegadanie ich w kuchni z pracownikami. Staż mam do końca września, więc praktycznie nie mam wakacji, ale ... nie żałuję. Chociaż mam różne ścięcia z pracownikami, nie zawsze robię to, co bym chciała, to mimo wszystko praca tam jest dla mnie przyjemnością. Szkoda tylko, że staże są tak licho płatne, ale gdyby nie to, spędziłabym cztery miesiące w domu, więc cieszę się, że spędzam większość swojego czasu właśnie tam.
W tym tygodniu będę mieć urlop. Nie zmienia to jednak faktu, że w Ośrodku i tak będę się pojawiać. W poniedziałek (w ramach nadgodzin) zaoferowałam się do pomocy w plakatowaniu, we wtorek spotykamy się na próbie, a w czwartek nagrywamy piosenki na Dożynki.















Jeżeli chodzi o wyjazdy, to w czerwcu byłam trzy dni w Rewalu, właśnie z Ośrodkiem Kultury. Celem naszego wyjazdu było uświetnienie śpiewem spotkania Sybiraków, śpiewaliśmy zarówno patriotyczne utwory pod pomnikiem, jak i rozrywkowe w ramach koncertu dla nich. W Rewalu na takim wyjeździe byłam już dwa razy i jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, za rok również pojadę, ale będzie to już ostatnie, XX spotkanie Sybiraków w tym miejscu.



















W lipcu do Polski przyjechała Gabrysia, chciałyśmy to jak najlepiej wykorzystać. Pojechałyśmy na jedną noc pod namioty do Sierakowa. Tutaj tak naprawdę najbardziej wdzięczna powinnam być mojemu przyjacielowi, który załatwił nam namiot, materac, a nawet kołdrę i koc oraz przez pół drogi nawigował mnie przez telefon. Bez jego pomocy ten wyjazd na pewno by nam się nie udał. Co do samego wyjazdu, miałyśmy niesamowite szczęście do pogody - na zmianę było gorąco i lało. Idąc na spacer zostawiłyśmy otwarty namiot i akurat zaczęło lać... później, po powrocie, wyszło słońce, zdjęłyśmy plandekę z góry, by na niej usiąść i pograć na gitarze, znów zaczęło lać. My się schowałyśmy z gitarą do namiotu, o plandece nie pomyślałyśmy, więc znów wszystko nam zamokło. Cóż, będziemy ten wyjazd pewnie długo wspominać. Było jednak świetnie! O ile pierwszego dnia obiecywałyśmy sobie nigdy więcej namiotów, tak po przebudzeniu stwierdziłyśmy, że to świetna sprawa i na pewno to powtórzymy!













Jeśli chodzi o moją aktywność fizyczną, to cały czas staram się jej pilnować. Przede wszystkim sprawia mi to po prostu przyjemność. Dostałam bon na siłownię, wykorzystałam go na miesięczny karnet i cały sierpień regularnie chodzę. Na początku mi się podobało, bo wiecie, to zawsze trochę coś innego, ale teraz tak myślę, że bieganie daje mi więcej satysfakcji. Z maszynami jest taki problem, że niesamowicie bolą mnie na nich kolana, a jednak wolałabym nie ryzykować żadną kontuzją. Odkryłam, że świetnie ćwiczy się pośladki przy użyciu taśmy gimnastycznej i chyba po prostu się w taką zaopatrzę. Na początku maja wzięłam udział w Biegu Papieskim na 10 km, dałam radę, było super, a teraz mimo, iż od października wyprowadzam się do Poznania na studia, to zamierzam zapisać się na Bieg Niepodległościowy w moim mieście. Chyba jednak wolę pobiec tu, niż w Poznaniu. W ogóle mieszkając w Lipie, brakuje mi biegania po Obornikach. Muszę coś wymyślić, by jednak mieć szansę wrócić na moje ulubione trasy.








To już chyba na tyle, jeśli chodzi o skrótowy opis mojego życia po maturze. Najdłuższe wakacje życia spędzam w pracy, ale w miejscu, gdzie uwielbiam być.
A jeszcze jeden dodatek - wciąż uczę się grać na gitarze, daje mi to niesamowitą przyjemność, do tego przyjaciel pożyczył mi swoją gitarę akustyczną, która po prostu zawładnęła moim sercem i chyba będę je mieć złamane gdy przyjdzie czas, że będę ją musiała oddać. Jest po prostu cudowna!!

Przy okazji, mimo, że przed maturą ścięłam koło 10 cm włosów, to po maturze... ścięłam kolejne 10 cm. I nie żałuję! W tej fryzurze czuję się naprawdę dobrze. Czasami brakuje mi włosów do talii, ale miałam je wtedy zniszczone, a teraz może uda mi się zapuścić zdrowe. Tak czy siak, ta długość mi się podoba.. i ma jeden plus - nawet rozczochrana wyglądam dobrze, haha. 

Do zobaczenia w następnym poście!









11 maja 2017

Wycieczka do Kórnika #3

Cześć Wszystkim! :)

Kiedy niedawno przeczytałam posta na blogu http://www.blondhaircare.com/ , gdzie autorka pokazywała zdjęcia z Kórnika - od razu wiedziałam, że wykorzystam fakt posiadania prawa jazdy i tam pojadę. Nie wiedziałam tylko kiedy i z kim, ale tak wyszło, że dziś w końcu wyszło słońce, a Oskar chciał jechać ze mną, więc wycieczka zaliczona!

Pierwszy raz prowadziłam samochód na autostradzie, w dodatku jechałam w miejsce, w którym nigdy nie byłam. Miałam co prawda nawigację, ale była ona włączona bardziej, by kierować "w razie czego", a mimo wszystko kierowałam się znakami i radami przyjaciela, który wczoraj ambitnie tłumaczył mi, jak dojechać. Stwierdził, że jestem odważna, haha. To się nazywa wiara w młodego kierowcę!

Jako pierwszy zwiedziliśmy zamek. Trzeba było ubrać przezabawne "kapcie" na swoje obuwie. Zamek w środku jest piękny! Dlaczego nie urodziłam się jakieś 200 lat temu, jako księżniczka?
Po wyjściu z niego udaliśmy się do arboretum. To jest po prostu coś niesamowitego i nawet nie będę starała się opisywać - po prostu pokażę Wam zdjęcia. Mój telefon jest bogatszy o dokładnie 210 fotografii z tego wyjazdu.
Poza arboretum, pochodziliśmy też trochę po mieście - zwiedziliśmy rynek oraz szliśmy kawałek brzegiem jeziora.

Cały wyjazd uważam za bardzo udany i jestem z siebie dumna jako kierowca, haha. :D